No i kolejne opuszczone miejsca/ruiny! <3 Tym razem padło na opuszczone fabryki SHL :) Dziękuję z góry B. że mnie tam zaprowadził oraz zapowiadam Tobie Agunesu, że musimy razem z Behemotem się tam wybrać ^^
Okazało się, że w piwnicy jest woda >_<
Widoczki z okna:
A teraz klimacik wewnątrz 4-piętrowej kamienicy:
No i kolejny budynek, ten był już o tyle ciekawy, że pełno było w nim pozostawionych mebli, zeszytów, akt, stara butelka po Tyskim, stare telefony i mnóstwo różnych tego typu rzeczy ^^
No i ostatnie cudeńko:
- moje przemyślenia: urodziny tuż tuż, a ja taka nierozgarnięta xD
- muzycznie: The Rolling Stones - "Anybody Seen My Baby"
Naprawdę nie sądziłam, że wątek Włoch będzie się toczył aż tak długo. W każdym razie dzisiaj zmotywowałam się, aby zakończyć go całkowicie, poprzez specjalną notkę, poświęconą jedzeniu (przede wszystkim) oraz paru pierdołom, o jakich jeszcze mam ochotę napisać.
Nie jadłam lasagne. Ani razu </3
Ale skoro już Włochy, no to oczywiście pizza. Tego w moim przypadku nie mogło zabraknąć, zwłaszcza jeśli chcę utrzymać mój status pizzożercy :) Tak więc wyprawa na pizze była nieunikniona. Nie jadam Margherity w Polsce, bo zazwyczaj jest bezsmakowa, sucha. No i w marghericie powinna być mozzarella, a nie jakiś twór pochodny. Tak więc nakarmiłam podniebienie i zmysły cudowną pizza z prawdziwą włoską mozzarellą, wśród Alp. I było pyszne :) Ciekawostką jest, że pizzę tę wzięłyśmy "take-away" i zjadłyśmy w pobliskim parku. Super klimat ^^
Nie była to oczywiście jedyna pizza. Była jeszcze pizza prosciutto e funghi (czyli po prostu szynka i pieczarki), ale jakoś zapomniałam jej uwiecznić na zdjęciu (taaaak, była taka dobra, że zapomniałam xD), oraz pizza w Riva del Garda z serem oraz szpinakiem <3 Co jak co, ale szpinak taki trochę marny, wolę tę wersję pizzy z kieleckiej pizzeri Roadway, bo tam jest świeży szpinak, pomidory, oliwa, prosciutto oraz tarty parmezan... no ale i tak nie ma co porównywać, ciasto włoskie przebije wszystko.
Następnie czas na coś specjalnego: McDonald! Postanowiłyśmy wraz z S. wpaść do tego przybytku rozpusty, aby poznać co włosi mają ciekawego do zaoferowania, czego nie ma u nas. Oczywiście musiałam eksperymentalnie zjeść jakąś bułę, a trafiłam w wyborze na CBO - chicken, bekon, onion. Masakra. Cały czas czuć cebulę, tak że nie mogłam się skupić na smaku, nic. Bekon oczywiście oddałam S. bo chyba bym od tego zwróciła wszystko, łącznie z kolacją poprzedniego dnia. Ale ogólnie takiej tragedii nie było. Buła jak buła, szału nie ma. Jednak jak ktoś lubi to czego ja nie, to można spróbować :P
Rewelacją natomiast okazał się Share Box (czyli Chicken Box). Niby też to mamy, ale u nas samemu dobiera się zawartość, a tam jest ona określona. Poza tym są tylko 3 porcje 3 rożnych rzeczy i to tyle, nie ma boxa 5 porcjowego jak u nas. Co do zawartości to oczywiście muszą być chicken nuggets. I to tyle z tego co znamy. Poza tym kółeczko z serem szpinakowym w środku oraz trójkącik sera brie. Jak dla mnie coś cudownego, ale S. chyba nie za bardzo podpasowało... więcej dla mnie :)
A takie oto sosiki dostaliśmy do sałatki jaką jadła moja siostra:
I ostatnie danie. Pulpety chlebowe czyli canederli (to akurat kuchnia austriacka, ale cóż się dziwić, skoro te tereny, w których byłyśmy, kiedyś należały do Austrii) .Po zejściu z Monte Altissimo można by pożreć konia z kopytami, a nam się trafił ten oto rarytasik. Niewinnie, niby kilka pulpetów w cudownym oczywiście sosie pomidorowym, a jednak można czuć się najedzonym przez całą pozostałą drogę do domu, czyli jakieś kilka godzin. A tak serio to wzięłyśmy pierwsze lepsze danie, bo nie było niczego lepszego. Ja nastawiłam się na tę cholerną lasagne, ale okazało się, że serwowali ją tam dzień wcześniej. Peszek... Ale kulki świetne ^^
To tyle ze spraw jedzeniowych skonsumowanych tam na miejscu. Teraz moje zdobycze, które przyleciały do Polski i są tutaj wraz ze mną:
Milka Slurp - kakao. Takie samo jak wszystkie, tylko to jest bardziej hipsterskie. Bez szału.
Nutella &GO - stoi w lodówce, przyznaję, jeszcze nie próbowałam :)
Mikado - orzechowe już skończone, ta wersja smakuje bardziej wyraziście niż klasyczne ^^
Poza tym takie to cudo widziałam na wystawie Gucciego w Veronie:
Razem z S. zakochałyśmy się, ale pewnie nigdy nie będzie nas na taką stać :) Zresztą nawet nie wiemy ile ona kosztuje, bo wszystkie sklepy na tamtej ulicy (dość luksusowej) nie miały cen na wystawach, pewnie dlatego, żeby nie przestraszyć ludzi :D :D No i jeszcze natrafiłam na ogródki Zen. Mam w planach sobie taki zrobić, bo nie będę przecież płacić za coś tak prostego:
Dziś ostatni wpis dotyczący mojego podróżowania/wędrowania/zwiedzania z S. północnych Włoch :) Tym razem 2 wątki w jednym (no bo rozdrobnienie tego na każdy osobny oznaczałoby, że jeden z postów miałby zaledwie 4 zdjęcia, więc bez sensu, poza tym nie chce mi się tak spamować na tym blogu, dodaję posty z regularnością raz na 2-3 tygodnie, a tu nagle takie boom! :P
Werona, czyli Romeo i Julia. Bo niestety po wizycie w tym mieście nie może się ona skojarzyć już z niczym innym. Wszędzie ich pełno. To chyba trochę smutne, bo miasto jak dla mnie jest naprawdę cudne i od razu pomyślałam sobie, że mogłabym pomieszkać w nim jakiś czas, może nawet przyjechać na studia. No ale wszędzie ta przeklęta para... No cóż, rozumiem, że mieszkańcy muszą na czymś zarabiać, pewnie gdyby nie fakt, że to miasto z szekspirowskiego dramatu, to nikt by o nim nie usłyszał, a ja bym go nie zwiedziła, bo skąd do cholery mogłabym wiedzieć, że ono istnieje? To jest smutne.
Nie mogło zabraknąć zdjęcia balkonu Julii, no i mainstreamu niczym na wrocławskim moście (obok balkonu oczywiście) :
Drugie miejsce, które opiszę niestety mega krótko jest Lago di Ledro, położone w górach rozciągających się nad Riva del Garda. Podróż nad nie zajęła nam jakieś 3 godziny... zadziwiło nas więc, że droga powrotna autobusem zajęła 10 minut ^^ Ogólnie to jezioro zdecydowanie lepsze do kąpieli i opalania niż Garda bo 1) nie ma fal, tak jak na Gardzie, 2) mniejsze jezioro, więc automatycznie mniej ludzi, 3) jest naprawdę piękne
Kolejną wyprawą po Corno della Paura (czyli następnego dnia) poszłyśmy na Monte Altissimo. Sama droga na szczyt zajęła nam jakie 1,5 godziny, gdyż w sumie szłyśmy wyznaczoną trasą, ale ogólnie wyprawa trwała od 10 do jakiejś 19, gdyż powrót był totalnym hardcorem. Oczywiście do całości czasu wyprawy dochodzą takie czynniki jak piwo na szczycie, jedzenie w knajpie na sąsiednim szczycie oraz spanie na trawie przez jakieś 40 minut.
Jednak mimo wszystko zgubienie szlaku oraz zgubienie się w lesie zajęło najwięcej czasu :)
Monte Altissimo ma to do siebie, że nie dość, że jest najwyższym szczytem w okolicy, to widać z niego całe jezioro Garda. Oczywiście miałyśmy szczęście i gdy tylko weszłyśmy na szczyt ze wszystkich stron nadleciały chmury ;)
No i co najważniejsze będę już zawsze to wspominać, z powodu największego mojego sentymentu do tego miejsca, czyli owego ważnego wydarzenia, jakie się tam odbyło... Ale to tylko dla wtajemniczonych :P
Czwartego dnia pobytu w Italii wybrałyśmy się na trekking do Corno della Paura - taka nasza mini rozgrzewka, no może z 30 km, niestety nie mam pojęcia ile dokładnie, ale zajęło nam to parę godzin.
Po pierwsze - krowy. Mnóstwo krów, a każda z nich ma na szyi dzwonek, tak więc słuchać je z odległości kilku kilometrów. Mnóstwo dzwonków. Zarąbisty dźwięk i uczucie. Tak przede wszystkim wspominam Alpy. :)
Dlaczego wgl wybrałyśmy tę trasę? Bo owszem przyznaję, że nie jest to jakaś mega popularna droga, lecz znajduje się na niej idealna przepaść - ogromna przestrzeń, w tle góry, pod nami dolina, skały. Cudowne uczucie, lecz trzeba to zobaczyć. Zdjęcia niestety nie mają w sobie tej magii.
Dodatkowo po drodze można natrafić na wiele jaskiń i grot wydrążonych w skałach. Jak podejrzewamy, są to pozostałości po wojnie :P
No i stało się. 2 tygodnie w uroczej miejscowości Castione di Brentonico, oczywiście z S. Góry, góry, góry. Nawet jak nie szłyśmy w góry, to byłyśmy w górach. A dokładnie na ponad 500 m.n.p.m, bo na takiej wysokości był położony dom mojej sister, u której mieszkałyśmy. Hm. Cóż by więcej napisać. Wydaje mi się, że mam więcej do pokazania (przywiozłam ze sobą jakieś 1060 zdjęć) niż do opisania. Tak więc od początku, zwłaszcza, że to będzie dłuuugi wątek :)
Zacznijmy od najbardziej charakterystycznego miejsca w pobliżu, czyli ogromnego jeziora Lago di Garda. I wcale nie wyolbrzymiam - z jednego brzegu nie da się go całego zobaczyć, a fale występują na nim niczym na morzu :)
Resus w swoim żywiole:
Ujęcie Gardy znad miasta:
Ogólnie tendencja tego jeziora jest następująca - codziennie kolo 16 zbierają się chmury, nici z opalania, chłodno i wiatr, że głowę chce u...rwać :) Idealne dla windsurferów :P