29 grudnia 2020

This is the end.

Ciężko jest tu wrócić po takim czasie. Generalnie doszłam do wniosku, że terapia oraz obecne szczęście w życiu sprawiają, że nie potrzebuję wylewać swoich smutków tutaj, bo najzwyczajniej w świecie już ich prawie nie ma. Jasne, zawsze znajdzie się coś na co mogę ponarzekać, lub co mogłoby być inne, bądź lepsze, jednak teraz zdecydowanie jest w moim życiu dobrze. Szykuję się do ruszenia z zupełnie nową formą przekazu - podcastem :D Wydaje mi się, że to jest coś, co naprawdę może mi wyjść, albo z czego będę przynajmniej jakoś zadowolona. Tym bardziej, że nazbierało mi się naprawdę dużo spraw i przemyśleń do opowiedzenia i rozważania nad nimi. Wydaje mi się, że to będzie oficjalny koniec mojego ukochanego bloga, który pozwalał mi przetrwać ciężkie chwile mojego nastoletniego życia, a potem wejścia w "dorosłość", o której chyba nadal nie mam pojęcia. Minęło 10 lat. Mam tutaj zapisane naprawdę wiele wspomnień, więc sądzę, że nigdy go dosłownie nie usunę. Nie chcę, nie przeszkadza mi on. Choć nie sądzę, że będę tu wracać na lekturę wspomnień zbyt często, bo najzwyczajniej w świecie chciałabym iść do przodu. Rozliczyć się ostatecznie z moją przeszłością, z całym cierpieniem jakie odczuwałam, z samotnością, którą pamiętam, lecz której już nie odczuwam. To się może wydawać głupie, albo naiwne, ale te 10 lat naprawdę nauczyło mnie wiele. Może niekoniecznie życiowych umiejętności dzięki którym znajdę pracę xd ale radzenia sobie w kontaktach z ludźmi, z moimi emocjami, nauczyłam się rozpoznawać fałszywych przyjaciół, no po prostu takie tam... Odnalazłam tę miłość, której zawsze szukałam. Choć wydaje mi się, że nigdy w mojej głowie nie wyobraziłabym sobie tak dobrego człowieka. Tak ciepłego, kochającego, no i przede wszystkim nietoksycznego <3

Jestem po prostu szczęśliwa, a wszystko inne i tak się kiedyś jakoś ułoży.


- moje przemyślenia: jednak nie ma to jak terapia
- muzycznie: Wardruna i Taco <3
- modowo: stałam się trochę dresiarą
- nowy cel: znaleźć pracę i zacząć podcast
- zachcianka: wyjść na jakąkolwiek kawę, lub do baru xd
- gra na dziś: "Civilization VI"
- dzisiejszy humor: cudownie spokojny

10 lipca 2019

A gdy wypuszczę Cię z rąk...

Bycie kłębkiem tęsknoty nie jest łatwe, jest w sumie cholernie męczące. Nadal jestem marudą, ale staram się być nią coraz mniej. Ostatecznie, nie jest najgorzej. Znowu wylądowałam w Londynie i, oh jeżu, jakżebym chciała, żeby to był ostatni raz. Naprawdę chciałabym już mieć ten ostatni element stabilności, czyli pracę, która da mi hajs, po który tu w sumie przyleciałam. Tylko że ile razy można uciekać? Zauważam jednak, że pierwszy raz nie przeżywam tutaj plątaniny myśli, wszystko jest jakoś tak spokojniejsze, niż kiedykolwiek. Nie muszę aż tak bardzo martwić się tym, co mnie czeka po powrocie, bo nieważne, jakby było źle (pod względem pracy) to i tak strasznie chcę wrócić w pewne ramiona. As always, simply - that's me. Najbardziej martwię się stanem zdrowia mojego kota, choć nie powinnam być zdziwiona, biorąc pod uwagę, jaką dawkę stresu musiała dać jej podwójna wyprowadzka i generalna zmiana całego życia. Zresztą, mam wrażenie, że ona doskonale czuje po mnie, czy jest dobrze, czy źle. Terapia trwała pół roku, zastanawiam się, ile jeszcze jej będę potrzebować. W każdym razie, gdybym wtedy sobie na nią nie pozwoliła, nie wiem czy dałabym radę dobrnąć do teraz. I w końcu pierwszy raz w miarę żyję tym teraz, jestem w nim i fizycznie, i psychicznie. To całkiem wiele ułatwia. Beznadziejne jest jedynie to, że tak tęsknię. Totalnie. Niby to trochę głupie, ale jednak nie powinnam się aż tak jechać za to, że taka jestem. Bo jestem, po prostu, jest to fakt i w sumie nie mam wpływu na to. Tym bardziej podbijam, że chciałabym już stabilnie pozostać w Łodzi i nie musieć się martwić. Czekam obecnie na wyniki rekrutacji na studia, od tego zależy, co dalej, w sensie w jaki sposób będę mogła układać swoje życie. Mimo wszystko będę musiała znaleźć jakąś pracę, ale najgorsze jest to, że zaczęłam się powoli poddawać i chyba skończę na tym, że podejmę się czegokolwiek. Nadal rozwala mnie to, jaka jest przepaść między Polską, a zachodem, naszymi rachunkami i pensjami, a tym jak wygląda życie tutaj, nawet na minimalnej stawce. Nie dziwi mnie, że mam zmienione perspektywy i może zawyżone oczekiwania, jak na polski rynek, ale no kurde, nie rozumiem czemu ludzie dają tu sobą tak pomiatać i pracować jak woły za jakieś śmieszne pieniądze.

- moje przemyślenia: jak ja wytrzymałam tamte 3 miesiące??
- muzycznie: trzecia płyta Podsiadło
- modowo: working outfit
- nowy cel: nauczyć się programować
- zachcianka: lody ciasteczkowe
- serial na dziś: "Cudotwórcy"
- dzisiejszy humor: opanowany

28 maja 2019

Na balkonie spać, gdy noc ciepła jest.

Dni stały się niesamowicie długie i ciężkie, podczas gdy noce, to kocyk w którym się mogę ukryć. Parę spraw się rozwiązało, jednak to czekanie na przejście ze starego stanu w nowy stan zabiera mi coraz więcej sił. Za długo pozwalałam sobie nie przeistoczyć się w coś stałego, a teraz, gdy już odrzuciłam każdy strach, coraz bardziej się niecierpliwię. Mam mniej więcej sprecyzowaną wizję najbliższych miesięcy. Nie mogę się doczekać września, czekam już z utęsknieniem, aż będę mogła powrócić na scenę. Strasznie ciężko jest odnaleźć swoje miejsce w społeczeństwie. Mogę powiedzieć, że praktycznie od pół roku szukam jakiejś pracy. Tak intensywnie to od co najmniej 2-3 miesięcy. Wychodząc z dnia próbnego w pewnym sklepie doszłam do wniosku, że owszem, mam czynsz do opłacenia i kota na utrzymaniu, ale nie zamierzam wewnętrznie umierać przez pracę, czuć jak przelewa się przez palce mój czas i to za jaką stawkę? Posiadanie dokładnych, technicznych umiejętności w tych czasach jest na wagę złota, ale w sumie kiedy były dobre czasy dla artystów? Raczej nigdy. Choć nigdy też nie nazywałam się artystą, jednak coraz bardziej przytłacza mnie moja niezdolność przystosowania się do otaczającego mnie świata i jego reguł. Naprawdę chciałabym robić w życiu coś kreatywnego, coś co dawałoby mi poczucie spełnienia, zmiany, wpływu na innych. Nie mam tych wspomnianych umiejętności, żeby chociażby malować, lub rzeźbić. A w szczęśliwych czasach ciężko jest o dobre wiersze. Ogólnie zauważam, że z wiekiem coraz trudniej mi się zmobilizować do rzeczy, które lubię robić, a na które kiedyś nie miałam tyle czasu. Od siedzenia w domu można naprawdę zwariować, a najgorsze jest to, że naprawdę łatwo wpaść w takich momentach w koło myśli i narzekania, a nie chciałabym się stać marudą, która nie potrafi się wziąć w garść. Naprawdę chciałabym robić w życiu coś, co kocham, lubię, lub coś co chociaż sprawia mi przyjemność lub satysfakcję. Sama narzucam na siebie taką presję, bo w sumie wszystko to kręci się wokół moich własnych wymagań i przekonań o tym, że nadaję się do czegoś więcej, a przede wszystkim, że zasługuje na godną płace. Choc to śmieszne jest, że sama do końca nie wierzę w moje kwalifikacje do czegokolwiek. Kobiety chyba tak mają, to całkiem powszechne zjawisko zaniżania własnej wartości na rynku pracy przez kobiety. Chciałabym umieć pokazać sobie samej, że coś potrafię. Tylko co w sumie?

- moje przemyślenia: moja miłość wciąż płonie
- muzycznie: Zioła, Organki i takie inne
- modowo: czas na maxi sukienki
- nowy cel: wciąż ten sam
- zachcianka: wyjść z kimś na fancy kawę
- serial na dziś: "Dziewczyny"
- dzisiejszy humor: zbyt niespokojny

29 kwietnia 2019

Życie płynie przy Tobie cytrynowe.

Ciężko jest pogodzić się z tym, że wpadło się w sytuację, której się unikało. Niby powinnam wiedzieć, jak się zachowywać, czuć, nie obwiniać się, skupić na sobie, pozwolić rzeczom odejść, odpuścić sobie, a jednak nadal jest to cholernie ciężkie, nawet bardziej, niż poprzednim razem. Rozstania to jednak nie jest moja profesja. Tym bardziej, że bardzo komfortowo zagnieździłam w sobie przekonanie, że już nigdy więcej nie będę musiała przez to przechodzić. Chyba dlatego nie powinno się używać słów "zawsze" i "nigdy". Nigdy nie wiesz, co się może wydarzyć... Ostatni weekend był dla mnie totalnie emocjonalną jazdą przez ostatnie lata mojego życia, przez wszystkie szczęścia i smutki, kończąc na żalu, jaki w sobie czuję. Ogromnych masywach żalu, skrywanego gdzieś tam na dnie, prawie zapomniane, ale jednak zalegające, niczym kurz na bardzo wysokiej szafce. Nie musisz go widzieć, żeby wiedzieć że tam jest. Tym bardziej, że ja dawno nie robiłam porządków w sobie. Terapia odkrywa przede mną nowe rejony nieodkrytych bałaganów w sercu i w głowie. Czasami także w ciele. Niesamowite jest to, jak zmieniła się moja percepcja po w sumie tak krótkim czasie terapii. Pierwszy raz w dorosłym życiu patrzę na samą siebie normalnie, bez wstrętu i z czułością. Jestem po prostu dla siebie dobra i wyrozumiała, i to ma swoje odbicie w moim samopoczuciu. Cała moja obecna sytuacja doprowadziła mnie znowu do lekkich stanów depresyjnych, ale już nie rozbiłam się na kawałki, jak szkło, którym byłam. Wizja przyszłości w mojej głowie, choć wciąż niepewna i pełna mgły, pomaga mi iść do przodu. Cały czas powtarzam sobie w głowie, że potrzebuję siły, ale przecież mam ją w sobie, nie biorę jej znikąd, tylko ze środka. Ze wsparciem innych, dobrych mi ludzi jest po prostu choć trochę łatwiej. Zastanawiałam się, dlaczego musiało się stać akurat tak, dlaczego nie udało mi się uratować czegoś, na czym nadal mi przecież zależy. Już kiedyś wypowiadałam z innych człowiekiem słowa o ponownym spotkaniu, lecz nie czuję, aby miało ono kiedykolwiek nadejść. Pogodziłam się z tym, więc teoretycznie powinnam pogodzić się i teraz, jednak nadal nie umiem tego poukładać w mojej głowie. Nie prosiłam się o to, a mimo wszystko zakochałam się znowu. Taka burza uczuć totalnie nie pomaga w życiu. Jednak nie powinnam się o to aż tak obwiniać. W końcu nie mamy wpływu na nasze uczucia, ani tym bardziej nie możemy przewidzieć tego, że nasze cele i decyzje w przyszłości się tak rozejdą. Tak naprawdę nic nie jest pewne, lecz nawet z tą wiedzą wydaje mi się, że coś mi umknęło, że jakiś jeden szczegół zadecydował o tym, że czuję, że po prostu zjebałam. Razem zjebaliśmy, mimo całej naszej chęci i wiedzy. Teraz nie ma już odwrotu, a ja jak dziecko nie umiem się z tym pogodzić i skupić się, pierwszy raz w sumie, na moim życiu i jego fundamentach, abym w końcu nie musiała się bać stracić mojej stabilności. Za bardzo uzależniałam swoje życie od innych, a teraz jestem uzależniona od tego uczucia. Chcę decydować o sobie, a jednak przeraża mnie to.


- moje przemyślenia: czarny to dobry kolor do sierści kotów
- muzycznie: Coma bezustannie i na okrągło
- modowo: czarne spodnie, czarne wszystko
- nowy cel: dostać pracę!
- zachcianka: kupić sobie jakąś książkę
- serial na dziś: "Gra o Tron" sezon 8 <3
- dzisiejszy humor: spokojny, a zarazem podekscytowany

07 lutego 2019

If I had a highway, I would run for the hills

Nie sądziłam, że będę się tak czuła. Przede wszystkim tak lekko i może nawet wesoło. Nie śmiem użyć wielkich słów, gdyż nadal brak mi śmiałości w określeniu szczęścia. To nie jest szczęściem i jeszcze długo nie będzie. Mówię często o miłości, a teraz to uczucie wydaje mi się tak bardzo obce. Po prostu wszytko jakby się wywróciło i już nie wiem co jest czym, ani gdzie ma swoje miejsce. Pozbycie się z życia uczucia żalu, zazdrości i toksyczności to jak dodanie sobie straconych lat młodości. Czujesz nagle, że to Cię uzupełnia. Niby coś wyrzucasz, ale zapełniasz jedną z tych miliona pustek, a co najważniejsze - jedną z największych. Moje uczucia w tym momencie są zarówno stabilne, jak i niestabilne. Trochę jak wyjście poza znaną nam strefę określania. Taka plazma, czy też umami. Czy kocham? Nie wiem. Wiem tylko, że to co czuję nie pozwala mi w pełni oddychać. It’s like that I’ve stopped breathin’ but completely aware... Najważniejsze, że czuję się dobrze i nie muszę już więcej uciekać przed samą sobą. Nie muszę uciekać przed nikim, ani do nikogo. Mogę już po prostu zostać sobą i bawić się jak chcę. Mogę w końcu sama rozegrać moje życie. I choć mimo tego, że to w tym momencie zupełnie nie jest łatwe, totalnie wiem, że warto - warto stanąć na własne nogi, znaleźć cel, zdobyć pracę i rozwijać się. Jak mi się znudzi, rzucę wszystko i zacznę od nowa. Nie powinnam się chyba bać, zawsze mam kogoś po swojej stronie, zawsze jest jakaś gwiazda świecąca dla mnie.


Nie mogę jednak nie uznać, że czuję się teraz samotna. Fizycznie i ogólnie też. Ta cała bitwa toczy się we mnie i w tym wypadku to nie jest tak, że ja się nie chcę nikomu narzucać lub boję się rozmawiać. Tym razem po prostu osoby których to dotyczy mają nałożone przeze mnie samą ograniczenie, które sprawia, że nie mogę im w pełni wyrazić moich myśli i uczuć. Z drugiej strony, te osoby same to robią. Nie dziwi mnie więc, że mam taki mętlik w głowie, biorąc pod uwagę fakt, że coraz rzadziej osoby mi obce, rozumieją mnie bardziej. I żeby nie było - nie mam tu na myśli moich przyjaciół. Muszę przyznać, że pociekły mi łzy. Naprawdę chciałabym opanować sztukę spokoju, bo tylko spokój dałby mi teraz siłę, której potrzebuję. A potrzebuję jej, żeby tego nie spieprzyć.

- moje przemyślenia: opanowanie to podstawa, której powinno czasem zabraknąć
- muzycznie: Milion Reasons tak bardzo
- modowo: czas na wielkie sprzątanie szaf!
- nowy cel: znaleźć pracę i ogarnąć życie
- zachcianka: pójść na spacer do lasu
- serial na dziś: "Man in High Castle"
- dzisiejszy humor: w końcu jest magiczny

21 października 2018

Kiedy nie zatańczę...

Była taka jedna piosenka, która zawsze jakoś tak mnie przeszywała swą melodią, słowami, sensem. Wtedy, na zimnych schodach, powinnam tańczyć wolnego przytulańca, zamiast płakać, zmywając łzami resztki mascary. Tak już chyba będzie, że słysząc to znowu, będę wracała myślami do tamtej chwili. Tak po prostu, gdyż jest to jedna z kolejnych chwil zawodu w życiu. Dopiero w tamtym momencie, słysząc to wtedy, zrozumiałam ja wiele wspomnień w sobie duszę, jak dużo tęsknoty może się pomieścić jeszcze we mnie, pomimo takiego natłoku innych odczuć i uczuć. Kiedyś takiego rodzaju muzyka służyła mi do płaczu, do wylania wszystkich emocji, do zamyślenia się we własnych myślach i emocjach, teraz na całe szczęście jest to tylko wspomnienie za mgłą, oddzielone bardzo szeroką i grubą kurtyną. Mimo wszystko są takie ślady w ludziach, która zawsze, czy chcemy czy nie, świadomie bądź nie, pozostają w nas. Dlatego zawsze będę rozpamiętywać moment na schodach. W chwili, gdy powinnam być szczęśliwa, zajmując się zupełnie innymi sprawami, niż własnym smutkiem. Ogólnie od lat nie miałam takiej mieszanki w sobie. Takiego pragnienia, tęsknoty, miłości i w ogóle wielu różnych rzeczy, które na nowo sprawiają, że CZUJĘ. I to w niesamowity sposób. Brzmi podobnie do zawsze, co nie? Jak zawsze. Tylko, że znowu jestem sama. Sama z moimi uczuciami, ale to chyba nie jest wina nikogo przy mnie. Może to własnie od zawsze była wina tylko mnie? Jednak nie rozumiem, dlaczego w takim razie uciekam w zamykanie się w sobie. Może naprawdę uważam się za tak okrutną, że nie chcę nikogo krzywdzić moim uzewnętrznianiem się? Skoro sama czasami boję się tego, co siedzi w mojej głowie, to jak inni mieliby się tego nie bać?

- moje przemyślenia: przydałaby mi się umiejętność teleportacji
- muzycznie: "Nie płacz Ewka" i "Kryzysowa Narzeczona"
- modowo: siedzę w szlafroku z Harry'ego Potter'a <3
- nowy cel: szykuję się na shopping na Black Friday
- zachcianka: lody, najlepiej Ben & Jerry's
- film na dziś: "Leon Zawodowiec"
- dzisiejszy humor: beznadziejny, ale ujdzie

30 sierpnia 2018

Napiszę Ci cały post.

Czy wszystko wróciło do normalności? Być może, choć nie lubię sobie mydlić oczu - teraz już wiem, że jest względnie spokojnie, bo potwór żyjący we mnie zwyczajnie śpi. Jeden mały powód do zapłonu i cały mechanizm smutków i żałości znowu się rozleje we mnie. Żyję. Choć w tym momencie jest to bardzo powolne kroczenie po jakiejś wyznaczonej ścieżce ku nieznanemu. Powinnam się ekscytować, jak to zawsze robiłam na myśl o owym nieznanym, ale chyba dziecko zabija się w sobie właśnie w takich chwilach - teraz czuję bardziej irytację, bo wolałabym już stać na pewnym gruncie. Czy to naprawdę jest starość? Przecież starzy ludzie też potrafią czerpać życie garściami. Czyż więc jest to, jak to określił anonimowy komentarz przed chwilą, depresja? Zapewne ma ona wpływ. Całe to miejsce, pozornie tylko moje, jest rejestracją tej mojej depresji. Tego mojego potwora. Im bardziej o tym myślę, tym bardziej zastanawiam się czy moje ja, mój charakter, wszystko co utożsamiam z sobą, jest mną, czy nią? Kiedyś mówiłam o swojej sile, która teraz jawi mi się jako moja słabość. Moje zdolności, za które się ceniłam, odbierały mi każdą radość, każdą ważną osobę, może w końcu po części też mnie samą... Zbyt głębokie rozważania, zbyt szeroka filozofia może naprawdę zgubić. Podobno możemy osiągnąć wszystko, jeśli tylko jesteśmy w stanie o tym marzyć, jednak prawda jest taka, że pomimo moich marzeń i tak zapewne przeżyję życie, aby na koniec upewnić samą siebie, że nic mi to nie dało. Przekroczyłam wymarzony na nagrobku, magiczny wiek 21, więc nawet śmierć nie ma już swojego literalnego sensu. Teraz po prostu staram się trwać najlepiej dla siebie i o dziwo to zapewnienie jest naprawdę mocnym argumentem tego, że "jest dobrze". A kogo ja przekonuję? Bo raczej nie samą siebie. Niedawno temu tęskniłam do samotności. Szkoda tylko, że dostałam jej najgorszą wersję. Tę samotność w samej sobie, pomimo ludzi wokół mnie. Choć nie zawsze tych ludzi, których bym chciała.

Nadal szukam sposobu, oby odciąć się od przeszłości.

- moje przemyślenia: odliczam każdą minutę
- muzycznie: Dua Lipa - "New Rules"
- modowo: ej no, jestem w UK, plis XD
- nowy cel: zdać obronę
- zachcianka: coś
- serial na dziś: "Dawno, dawno temu"
- dzisiejszy humor: ujdzie

15 marca 2018

I've become so numb

Naprawdę ciężko jest się trzymać w ryzach w momencie, w którym wszystko się dosłownie wali, praktycznie każda dziedzina mojego codziennego życia. Czasami naprawdę mam ochotę wylecieć do Anglii i już z niej nie wrócić. Najbardziej mam ochotę już nie żyć, nie czuć wszystkich igieł, jakie mam w sercu, nie czuć kłucia w nim od stresu, nie czuć ciężaru smutku z mojej głowy, ani trosk, ani każdego cala nadmiaru myśli, oczywiście smutnych myśli. Muszę się powstrzymywać przed tym, że by sobie czegoś nie zrobić, choć przyznam, że jest to ekstremalne dla mnie, gdy zostaję z takim stanem SAMA. Choć w sumie zdarza się to bardzo często, bo przecież samymi możemy nie zostać tylko fizycznie, ale nawet mając kogoś siedzącego tuż obok przy kompie. Jedyna osoba, która przerywa moją samotność i pozwala mi się rozerwać i odprężyć zostaje mi zakazana, bez jakiegokolwiek konkretnego powodu. Bo tak, bo niby taktyka uwięzienia mnie ma dać cokolwiek dobrego. Czytanie poezji sprawia mi ból. Pisanie sprawia jeszcze większy, ale im bardziej się pogrążam, tym lepiej to jakoś wszystko idzie. To jest naprawdę napięty tydzień, który jest niezwykłym zbiorem moich słabości, wyżaleń, potknięć, żałości, w sumie - wszystkiego co najgorsze. Muszę się trzymać silnie, bo za miesiąc jest premiera, a nie chce zrobić na złość wszystkim umierając, po takim czasie włożonej w próby pracy. To po prostu byłoby nie fair. I z jednej strony powinnam się cieszyć, bo to dla mnie jakiś powód, ale bardziej odczuwam to jako ciężar, od którego chcę się najszybciej uwolnić. Może scena to jednak nie miejsce dla mnie? To też smutna myśl. Nie wiem, czy jest mi tak niedobrze od różnicy ciśnień, temperatur, czy po prostu mój umysł tak bardzo zatruwa też ciało, albo po prostu - to się dzieje tylko w mojej głowie, ale na pewno jest to ponad moje siły męczące. A ponieważ nie dałam rady i spałam trochę w dzień, to podejrzewam, że to będzie bardzo długa i męcząca noc, zanim zasnę. Naprawdę przy tym wizja wiecznego, spokojnego snu to ukojenie. Ale nie mogę tak myśleć, teoretycznie. Zrobiłam coś, czego bardzo żałuję, co było wynikiem mojej głupoty, słabości i naiwności wobec innych ludzi. Niby pozwoliło mi się to oczyścić trochę z emocji, ale jednak zabrało mi to coś, co mnie napędzało do tej całej tragedii wewnętrznej i przelewania jej w wiersze. Także to mi odebrano, a obecny stan to już bezsilność, zmęczenie umysłowe tak silne, że nie wycisnę z siebie ani słowa więcej, poza to tutaj. Powinnam dorosnąć, nauczyć się, że nie zawsze najgorszy wymiar kryzysu ma mi otwierać oczy na różne rzeczy, ale jak na razie tak to się własnie kończy. Najgorszych poznaję dopiero na ich najgorszym czynie, zamiast dostrzec jakikolwiek znak ostrzegawczy wcześniej. A i tak finalnie to zawsze ja cierpię najbardziej. Moje życie, moje związki to po prostu porażka. Powinnam zostać zamknięta, bo nawet w snach już ukazuję się sobie, jako Ofelia. Straszna wizja, ale jakże przyjemna, jakże dopasowana do tego całego mojego marnego jestestwa... Nie wiem czym muszę się stać, żeby w końcu być i żyć, może nie normalnie, ale nie w takim ciągłym cierpieniu, samotności, złości, zazdrości, w mieszance która naprawdę zatruwa i przyćmiewa umysł w takiej ilości i czasie. Miłość i pragnienie miłości mnie niszczy, obiera mi całkowicie świadomość, dualizm tej miłości mnie rozrywa wewnętrznie, jak szczęki potwora zamienia wszystko na strzępy, a sentyment jest najgorszą rzeczą, którą powinnam usunąć z kory mojego mózgu. Chcę kochać i być kochana i w gruncie rzeczy przecież to jest taka NORMALNA potrzeba, a jednak mam wrażenie, że już nigdy się nie spełni tak, jak wiem, że może. Czy więc to odrzucenie jest wynikiem mnie i mojego charakteru, całej trudności ze zniesieniem tylu skrajności i sprzeczności w jednym ciele? Czy też jest to wynik (być może jak zwykle) chujowego dobrania osoby, którą nie wiedzieć czemu dopuszczam do siebie mimo że kompletnie na mnie nie zasługuje, nie widzi tego co robię i ile poświęcam z siebie, nie zna mojej wartości i na dodatek jeszcze zamienia to wszystko w mojej obwinianie się o wszystko? Wołam o sprawiedliwość.

23 stycznia 2018

Powiedz, czemu?

Odnalezienie tzw. autorytetu w moim życiu jest dla mnie niesamowicie zdumiewającym uczuciem. Takim, że w sumie to nic się nie zmieniło, ale w sumie to jednak czymś się inspiruję. Czy ja to dobrze rozumiem? Zawsze uważałam, że autorytetem musimy się zachwycać, podziwiać - oczywiście to jest, ale nie są to moje dominujące odczucia, bardziej wykorzystuję mój autorytet w kontekście motywacji w dążeniu do celu. Więc zapełniła się moja najważniejsza trójka: najdawniejszy autorytet muzyczny, jeszcze świeży autorytet polityczny, a teraz w końcu i życiowy (choć pod "karierę" też mogę to jakoś podpisać, ale czy to w sumie nie jest życie w jakiś sposób?). Chyba że liczymy też te kulinarne, to tu są chyba aż trzy :P (Ramsey, Gesslerowa i oczywiście Makłowicz). Do tych się mogę przyznać, resztę wolę zachować, choć dwa pierwsze są aż nadto oczywiste, lecz ten życiowy mógłby chyba zbyt wielu osobom zburzyć postrzeganie mojej osoby, choć nie ukrywam, że nie powinno to zaskoczyć ;) Ale skoro nawet Igor tego nie wie, to tym bardziej nie mogę tego od tak tu napisać. Moje życie kręci się wokół remontu i sesji, dwóch chyba najnieprzyjemniejszych rzeczy w życiu osoby w moim wieku. I tak, wiem, że potem będą kolejne - praca, szef, korki w mieście, ale na tę chwilę to jest moja rzeczywistość. I próby teatralne, choć nie powinnam tego wrzucać do kategorii tych negatywnych, ale zdecydowanie zabierających sporo czasu i energii. Niekiedy zastanawiam się, czy nie za wiele... ale no wiecie, na razie robię to "do portfolio", więc uznajmy, że darmówka to może trochę męczyć. Jednak doświadczenia zostają, na całe szczęście. No i ostatecznie chyba nie jestem taka zła, skoro reżyser do tej pory mi nie wykrzyczał, żebym spadała na drzewo, bo nie umiem grać. Mimo to wcale nie czuję się w tym dobra, ani nawet przeciętna. Czy to więc dobrze, czy jak w końcu? Staram się nad tym nie myśleć, tym bardziej, że jak na razie z moich planów życiowych wynika, że nie będę mogła się zająć teatrem na poważnie, czy też dążyć do stanu, w którym to będzie mój chleb powszedni. Ale o tym też, jak na razie, nie mogę napisać. Mam nadzieję jednak, że coś mi się w końcu w życiu uda, a przynajmniej powinno, bo przecież już swoje lata (XD) mam, koniec studiów tuż tuż, a ja nie mam zamiaru znowu marnować życia na magisterce, no a na pewno nie na dziennej. Nie ukrywam, że wolałabym już całkowicie uniknąć tego koszmaru, jakim są studia i to, jak są traktowani studenci w tym świecie.


- moje przemyślenia: czasami myślę, że ja to wolałabym być jednak sama
- muzycznie: tak, słucham Ich Troje
- modowo: nadjedzie ten magiczny czas i wrzucę 90% ciuchów
- nowy cel: uporządkować szafy oraz głowę
- zachcianka: wyjechać gdzieś daleko
- film na dziś: "Ścieżki"
- dzisiejszy humor: dość obojętny

14 października 2017

Zabierz mnie do gwiazd!

Życie potrafi być śmieszne. Skręciłam sobie kostkę, pierwszy raz w życiu mam na nodze gips i poruszam się o kulach - ironia. Po tym czasie chyba stanę się aktywistką w sprawach osób niepełnosprawnych, nawet nie mam jak chodzić na zajęcia - wszędzie schody! Dodając, że obecnie mieszkam na 3 piętrze (potem będzie 4...). Najgorsze jest to, że ja jestem totalnie nieogarnięta, jak w służbę zdrowia, więc np. miałam sobie zamienić gips na ortezę, ale... nie wiem jak to zrobić, żadna poradnia nie odbiera telefonu, żeby zapytać na kiedy mogę się umówić, tak więc siedzę i myślę, jak we wtorek dotrzeć na zajęcia (3 tygodnie wolnego zdecydowanie odpadają). Nie pomaga brak motywacji do uczenia się roli, czytania scenariusza... Czy za szybko podjęłam się kolejnego spektaklu? W dodatku, jak wcześniej narzekałam, że jest ciężko, tak ten projekt jest o 300 % cięższy i bardziej skomplikowany (w poprzednim nie musiałam przynajmniej nic mówić, a teraz w sumie mamy kilka mówionych spektakli w jednym). Przynajmniej coś się rusza z moim licencjatem, ale i tak jestem w tyle z terminami. Chcę, żeby minął ten rok. Jeśli dam radę wystawić sztukę w kwietniu i obronić się w wakacje, to spokojnie będę mogła myśleć o tym, czym chcę się zajmować. Będę mieć mieszkanie, własną kuchnie i będę mogła ulepszać moje zdolności gotowania. Będę mogła zacząć bardzo zdrowo jeść, ćwiczyć, schudnę, zacznę znowu ogarniać projektu sesji gotyckich, może w końcu z czymś ruszę. Może pójdę dalej na studia, głownie po to, aby ściągać darmowy hajs za najlepsze wyniki. Tak wstępnie to widzę. Nie wiem czy kiedykolwiek wcześniej tutaj wspomniałam, ale obecnie z I. remontujemy sobie mieszkanie. Najcudowniejsze, boskie, loftowe, z dużą ilością przestrzeni (mimo, że mieszkanie w bloku). Z kotem (a w przyszłości pewnie kotami). Tworzę swój azyl, zapewne też nie wieczny, ale na razie, z uwagi na to, że jest to nasze, planuję zostać w Łodzi, mimo tego, że już mogłabym pojechać dalej. Jednak na razie tu mam wszystko, czego mi trzeba (no, może poza dobrze płatną pracą). Gdy w końcu przestanę żyć na walizkach i kartonach, popracuję nad własną systematycznością i samozaparciem do działania, zarówno do teatru, jak również pisania, gotowania, a nawet uczenia się hiszpańskiego zapewne (choć wolałabym włoski!). Chyba żeby móc dalej żyć w harmonii, muszę odciąć pępowinę między moją szaloną przeszłością, a teraźniejszością, bo ciągle narzekanie, że teraz w moim życiu jest nudno do niczego nie prowadzi. Jest tak, jak pozwalam, żeby było. A jest w sumie spokojnie, mam idealne warunki do rozwoju, tylko muszę okiełznać samą siebie. A wszystko inne się podporządkuje, wiem to... Ciekawe, jak to będzie za 10 lat.


- moje przemyślenia: pora się zabrać na poważnie za swoje ciało
- muzycznie: Grzegorz Hyzy - "O Pani!" - kocham!
- modowo: przegrzebanie szafy to był dobry pomysł
- nowy cel: siłownia i dieta
- zachcianka: pocky bananowe
- film na dziś: "Wszystko za życie"
- dzisiejszy humor: zadowolona

20 lipca 2017

Wyzwolenie.

Miło jest, gdy ktoś Cię zainspiruje, albo natchnie. W sumie, gdy skontrastowałam moją teraźniejszość z przeszłością, doszłam do wniosku, że zdecydowanie zrobiłam się bardzo wrażliwa. Umiem się rozpłakać, subtelnie, niewymuszenie i już wcale nie odczuwam z tego powodu wstydu, ani zażenowania. Zamknęłam bardzo ważną sprawę z przeszłości. Taką, która niecałe 3 lata temu zmieniła drastycznie moje życie. Teraz jest mi znacznie lepiej. Teraz mogę już wszystko, bo zrobiłam coś, czego obawiałam się najbardziej, jednak H. totalnie zaskoczył mnie stoickim spokojem i wsparciem. Mimo, że nie mamy takiego kontaktu jak kiedyś, nie obawiam się tej relacji i ufam jej. Czasami widocznie musimy przeżyć coś, oddzielić się, żeby wrócić mocniej. Tak przynajmniej jest z mojej strony, choć i tak wiem, że życie nie pozwoli mi zmienić zakręconej rzeczywistości jaka to wszystko otacza. Po prostu, mam coraz mniej czasu, jestem coraz dalej. Za rok, ciekawe, być może będę jeszcze dalej. Ale chyba mam czyjąś przyjaźń.

Te wakacje jakimś trafem spędzam z I. oraz Gosią. Lecimy pod koniec sierpnia do Włoch, byliśmy razem pod namiotami na festiwalu Kazimiernikejszyn w Kazimierzu Dolnym, jednak to chyba nie klimat dla mnie, nie ma tam za bardzo co zrobić, a wszystkie ewentualne warsztaty są jak dla mnie prymitywne. Na pewno jest to fajna opcja dla ludzi z dziećmi, ale na pewno nie dla mnie. Poza tym chyba się starzeję mocno, bo coraz ciężej mi wytrzymać warunki, jakie niesie za sobą spanie pod namiotem. A już zwłaszcza, gdy nieogarnięte władze miasta Kazimierz dochodzą do wniosku, że będą kosić trawę w sobotę, o 8 rano w pobliżu pola namiotowego! Masakra...

NIE NAPISZE TEGO CHOLERNEGO LICENCJATU.

To tyle, pozdrawiam i oby do kiedyś jeszcze.



- moje przemyślenia: Znalazłam kota i jest przecudny ^^
- muzycznie: Concorde - "Sons"
- modowo: uzależniona od Vinted
- nowy cel: wyjechać gdzieś na stopa, najlepiej poza Europę
- zachcianka: sushiiii <3
- film na dziś: "Samotny Mężczyzna"
- dzisiejszy humor: leniwie

12 marca 2017

So the bar is where I go...


Minęło trochę czasu. Prawie pół roku, w trakcie którego zwyczajnie nie miałam chwili, aby cokolwiek z siebie wydobyć, ba, nawet żeby na porządnie przysiąść do kompa (bo na moim laptopie kategorycznie nie da się pisać). Tak się śmiesznie złożyło, że od czasu moich urodzin zaczęłam uczestniczyć w przygotowaniach do sztuki teatralnej, którą wystawiamy wraz z kołem naukowym, w ramach zaliczenia mojego przedmiotu z teatru. Kiedyś kiedyś, dawno temu pisałam tutaj, w końcowych rozpiskach, że chciałabym kiedyś zagrać w teatrze. No i mam. Mimo wielu wyrzeczeń, zmęczenia, nawet łez, ale doszliśmy do momentu, gdy niecały miesiąc dzieli nas od premiery - 8 kwietnia w Łodzi w ramach Festiwalu Nauki Techniki i Sztuki. W tym czasie zaczęliśmy przygotowywać konferencję naukową. Kto by pomyślał, że w moim życiu będzie się tyle działo. Tyle, na przestrzeniach sztuki i nauki, od których w ostatnich latach tak bardzo się oddalałam, na rzecz nie wiadomo w sumie czego. Mam tak długie paznokcie, że ciężko mi nimi pisać XD Pozdro. Ja! Pic poniżej, bo to prawda. Zresztą nie wiem czy to dobra droga zmiany, ale nagle z jeden kosmetyczki na rzeczy do makijażu, zrobiły się trzy, w projekcie sypialni jest uwzględnione miejsce na moją własną (!!) toaletkę <3 <3 No i oczywiście zaczęłam regularnie poddawać się zabiegom depilacji laserowej, jednocześnie korzystając z wosku w domu, bo kupiłam sobie ten śmieszny podgrzewacz na Alledrogo, za jakieś śmieszne pieniądze. No kto by pomyślał, że mogę być taka babska, co nie? :D Jednak obecnie moją najgorszą zmorą, jest uzależnienie (nawet wspólnie z I.) od Aliexpress i "o boże boże chińczyk sprzedaje maski na usta za 0.10$!". Tak, połowa tych rzeczy z kosmetyczek jest z Ali... Jak zacznę już w końcu pracować, to pewnie pozamieniają się one na renomowane marki kosmetyczne, ale na razie cieszy mnie to, co mam :) Nadal cierpię na poczucie, że w moim życiu nic się nie dzieje ciekawego. Jedyne co na razie planuję, to kupić nowego laptopa jakoś w kwietniu, bo na starym już praktycznie się nie da pracować. Wow, szaleństwo. Ostatnio jedno piwo potrafi zamieść. Zresztą, czysto dla zdrowia staram się ograniczyć spożycie alko, zwłaszcza piwa. Nie pomaga fakt, że I. jest fanem craftów i zresztą pracuje w Chmielowej Dolinie (tak, można mnie tam często spotkać jedzącą grzanki z mozzarellą). A pozwalam sobie na nie tylko dlatego, że ćwiczę dość mocno, i na co dzień odżywiam się raczej lekko, więc grzanki z serem raz w tygodniu nie zaszkodzą raczej. Znowu piszę chaotycznie myśli prawda? Są prawdopodobnie tak pourywane, bo gdybym miała skupić się na jednej konkretnej rzeczy, to zapewne post skończyłby się w połowie. Hmm. To teraz też nie wypada mi kończyć. No to jeszcze jedna sprawa - licencjat. Boże, nie napiszę tego, serio czy tylko mnie się wydaje, że to tak strasznie ciężkie, że wgl nie mam pomysłu na moją pracę, że się boję że zrobię to źle i nie zdam, że o boże czego oni ode mnie wymagają? Na pierwszych seminariach zapytano nas o tematy prac, whaaat. Czuję się teraz jak naprawdę mała dziewczynka, która się zgubiła w sklepie i zaraz się popłacze, bo nie ma kogo złapać za rączkę. Masakra. Może jednak studia i tytuły naukowe nie są dla mnie?


- moje przemyślenia: co jeżeli to tylko iluzja uczuć?
- muzycznie: Lady Gaga "Milion Reasons"
- modowo: nowy płaszcz w kratkę <3
- nowy cel: ograniczyć jedzenie mięsa
- zachcianka: czekolada
- film na dziś: "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie"
- dzisiejszy humor: nie najgorzej 

24 października 2016

Happy birthday to me.

Dzień urodzin minął mi niespodziewanie inaczej, niż sobie to kiedyś kiedyś planowałam. Dla niewtajemniczonych, zawsze przywiązywałam niemal magiczne znaczenie dla wieku 21 lat. Przede wszystkim dlatego, że stwierdziłam, że idealnie jest umrzeć, mając na nagrobku właśnie tę liczbę. Również dlatego, że postać Hime pierwotnie miała 21 lat, a utożsamiam się z nią jak mało z kim (w końcu to ja w wersji super koks elfka). Zawsze myślałam, że tego dnia urządzę bibę większą, niż 18nastka, że wgl będzie super ekstra cool i chuj wi co jeszcze. Rzeczywistość zweryfikowała latanie do skarbówki po papiery do stypendium, wizytę w szpitalu, jazdę z Kielc do Łodzi, a potem autostop z miejsca w którym mnie wyjebało do mojego akademika, prysznic i w sumie skończyłam tutaj. Miłym akcentem zdecydowanie była największa ilość telefonów z życzeniami (nie kłammy się, facebookowe życzenia to gówno). Mimo wszystko, jadąc busem do Kielc spisałam sobie kilka oto myśli, tak urodzinowo, w liczbie dwadzieścia jeden. Takie oto resusowe sentencje na dziś:
  1. Będąc spóźnialską i mając jeszcze bardziej spóźnialskiego faceta, zaczęłam bardzo cenić sobie punktualność.
  2. Podziwiam ludzi, którzy w moim wieku mieli już firmy etc, gdyż sama nadal czuje się dzieckiem i proszę Igora, żeby mi obierał kurczaka z kości.
  3. Przestałam chcieć umrzeć w tym wieku.
  4. Zrozumiałam, ze tak naprawdę można odnaleźć wolność w jej ograniczeniu.
  5. Naprawdę chce wziąć ślub (dzieci to nadal jest zbyt abstrakcyjny temat).
  6. Nie wstydzę się, ze słucham popu, lubię róż, albo ze lubię oglądać sagę Zmierzch (tym bardziej, ze ma genialny soundtrack),
  7. wiec nie mam problemu z ludźmi, którzy maja z tym problem. To ich problem.
  8. Doceniam podróże w busie, bo jest to najczęściej jedyny czas, jaki teraz mam na poważne, życiowo - filozoficzne rozkminy (ewentualnie nie przesypiam nocy z powodu takich myśli ;).
  9. Kiedy przychodzi czas, aby zacząć czuć się dorosłym? (Nie starym, ale po prostu)
  10. Odpowiedzialność niekiedy przychodzi po wielu latach po pełnoletności.
  11. Prawo jazdy w kieszeni to naprawdę świetna sprawa.
  12. Zamiast markowej torebki wole lecieć na Islandię. Aczkolwiek nie mam zamiaru w życiu nosić podróbek.
  13. Staram się nie przywiązywać, bo wszystko zazwyczaj się zmienia z czasem. Szczególnie poglądy polityczne.
  14. Przestałam być takim psem na żelki, jak w wieku 10 lat, ale pizza nadal jest świętością.
  15. Nadal boje się odpalać kuchenkę gazowa zapałkami.
  16. Czasami nie jesteśmy świadomi, jak drugi człowiek nas zmienił, dopóki nie minie jakiś czas, od jego utraty.
  17. Dochodzę do wniosku, ze jednak gdy nie grało się wiele w gry w dzieciństwie, to teraz nie daje to takiej satysfakcji, jak tym co grają od dziecka. Po prostu wole iść na huśtawki.
  18. Z wiekiem rośnie szacunek do matki i ojca. Zwłaszcza, gdy przeżywało się ostry okres buntu przeciwko nim, będąc nastolatkiem.
  19. Nie wiem jak robią to inni, ale ja nadal rozumiem swój sposób rozumowania, gdy byłam dzieckiem lub nastolatkiem, wiec dziwią mnie młodzi rodzice, którzy tego nie czają.
  20. W każdym wieku koty leczą smutki tak samo skutecznie. I gorąca czekolada.
  21. Wyobrażenia są tylko wyobrażeniami, rzeczywistość zaś lubi dawać po pysku marzycielom i planowiczom.
Wszystko. Mam nadzieję, że za rok nie najdzie mnie na 22 sentencje, bo nie chce mi się chyba aż tak filozofować. 21 było dla mnie etapem nałożonym na mnie przeze mnie samą, najwyższą barierą i obawiam się, że teraz czas poleci 4x szybciej, niż leciał od mojej 18nastki. To tylko i wyłącznie cyfry, bądź co bądź. A zdecydowanie ten dzień, w którym rano okazało się, że przez cąły dzień nie będzie prądu w moim domu, zrobiła mi moja mama, zabierając mnie na secend-handy oraz pizze <3 Dziękuję wszystkim za życzenia oraz za ogrom najebania się w następny weekend w Kielcach. A nawet randomowe osoby, które tu trafił i dotrwały do końca zapraszam do Kielc do knajpy Woor 31.10.2016r. na tak zwane Zombie Party (będę przebrana za wiedźmę najprawdopodobniej).

 (kocham Gosię <3 #thebestgosiaever)

- moje przemyślenia: urodziny nie dają już tyle szczęścia, co w dzieciństwie
- muzycznie: Pink - "Just give me a reason"
- modowo: sukienka z lumpów <3
- nowy cel: Islandia w 2017 roku
- zachcianka: sushiiiiii
- film na dziś: "Party Monster"
- dzisiejszy humor: szalony i wesoły

15 września 2016

Once I held a pony by its flying mane.

Robiąc porządki w torebce wpadłam na kartkę z kalendarza, każącą mi przygotować listę 25 rzeczy, jakie chcę zrobić przed śmiercią i mieć ją cały czas przy sobie, i często sprawdzać. Nie przyjdzie to łatwo, bo nie chcę zniżać się do rzeczy oczywistych. Obecnie szukam mieszkania w Łodzi, w sumie to pokoju, a tak naprawdę to łóżka do spania i toalety, bez jedzenia jakoś przeżyję, bez siusiania nie. Moje życie nie jest dzisiaj takie, jakbym chciała. Nie pojadę na Słowenię przez moje zdrowie i lenistwo, i nieuporządkowanie też, tak w sumie. Powinnam wyrzucić z szafy jeszcze jakieś w chuj rzeczy, ogarnąć się. Mam motywację dla niego, ale nie mam tej niezbędnej dla mnie. Tej każącej mi zmienić styl, wygląd dla samej siebie, pisać książkę, wiersze, chodzić do teatru, na wernisaże, pić słodkie czerwone wino w nocy i palić waniliowe cygaretki. Zapomniałam jak to jest kochać mnie i trochę mnie to smuci. Pociesza fakt, że siebie już nie nienawidzę. Jednak moje życie nadal nie jest ani choć trochę bliższe znośności. Chcę mieszkać z nim, a do tego długa droga. Po pierwsze muszę znaleźć pracę (czy to mogę wpisać jako punkt 1 z 25 na wymienionej liście??). Chciałabym do końca roku pójść choć raz do teatru i może w końcu, pierwszy raz w życiu wybrać się do filharmonii. Nie wierzę, że jeszcze tego nie przeżyłam. Brakuje mi ROH'a. Brakuje mi Czajkowskiego. Brakuje mi czegoś i tylko czasami mam czas przypomnieć sobie o tym braku. To są takie puzzle jak zawsze, tylko trochę mniejsze (ale nie znaczy to, że mniej ważne!). Zawsze podziwiałam ludzi z pasją czemuś oddanych - podróżami autostopem, beatboxem, harcerstwem. Takich którzy wydaje się to robią ciągle, ale jednak kochają to. Takich co wiedzą dokładnie jaki motyw by wytatuowali sobie na ręce z wplecionym motywem nieskończoności w to. I tych, który dla inspiracji pisarskiej są w stanie robić naprawdę lekkomyślne i hedonistyczne rzeczy. Takich, którzy dla miłości są w stanie nie zrobić wszystkiego, ale to konkretne działanie, które rzuca na kolana. Czy jeszcze kiedyś wrócę do tego? Czy uda mi się znowu być jednocześnie cool, fancy, spokojną, rozważną, zakochaną, ale i szaloną, bezmyślną, po prostu tą, wirującą lekko z wiatrem jesiennymi popołudniami. Gdzieś się sama sobie zapodziałam. Tak to jest, ja Resus dostaje zbyt wiele szczęścia na raz. Obawiam się tego roku w Łodzi. biorąc pod uwagę, że mam 8 dni na znalezienie lokum, chciałabym pracować, co doskonale wiem, że słabo mi to wychodzi. Nowa płyta Ghosta ssie, a moje wyniki badań są złe. Coś jeszcze? Wspominałam już, że nie pojechałam na Erazmus? Chiny pewnie też nie wyjdą, ale nie mogę tego mówić na głos, nie mogę przecież znowu do bycia przesadnie dramatyczną pesymistką. Chcę rzeczy jakich nigdy nie chciałam. Crossainta z masłem, ślubu, psa, ładnych paznokci, czegoś zwiewnego białego, zielonych ścian w którymś pokoju, szumu lasu w zimie. Chcę mocnej czarnej kawy i napisać wiersz. Herbaty, czytając Wiedźmina. Ten ciąg myśli może zwiastować nadejście depresji. Jesień się zbliża.



- moje przemyślenia: zdecydowanie jestem zbyt biedna
- muzycznie: The Tallest Man on Earth
- modowo: nadal potrzeba zmian!
- nowy cel: do kina na premierę Bridget <3
- zachcianka: lasagne albo zapiekanka ziemniaczana
- film na dziś: "Papierowe miasta"
- dzisiejszy humor: zapomniane uczucie tęsknoty

06 września 2016

Chyba nigdy nie nadawałam się do relacji w ludzi. Chyba z czasem wychodzi mi to coraz gorzej. Cały dzisiejszy dzień jest dla mnie trudny do przeżycia, powietrze jest jak smoła dla moich płuc. Po prostu mi ciężko, a im więcej się błąkam od ściany do ściany, tym jest gorzej. Znalazłam w tym prowizorycznie prawie pustym pokoju zbyt wiele wspomnień, zbyt wiele rzeczy, które potrafią natchnąć do przemyśleń. A nie mogę odnaleźć tych dwóch, których teraz szukam - płyty oraz zdjęcia. Życie jest naprawdę ironią samego siebie. "Siedzę sam w tej wieży bez dna"... Wiem, że nie wyjdę dzisiaj nigdzie, najwyżej pogłaskać kota, aby poczuć, że chociaż on jeden nadal z własnej woli do mnie przychodzi, mimo że zna mnie jak nikt inny, z mojej najgorszej strony. Pitu pitu... Oglądałam ostatnio program o badaniach naukowców o tym, że urazy głowy mogą powodować problemy z pamięcią, depresje i wgl w chuj symptomów, i ze jak np jest się ofiarą przemocy w  domu to urazy mózgu są takie, że mogą być mega szkodliwe, bo mózg się wtedy porusza w środku czaszki i mogą się uszkadzać tamte kanaliki wewnątrz i dziać różne rzeczy ogólnie oraz że z badań wynika, że 94% byłych graczy footballu amerykańskiego ma jakieś trwałe uszkodzenia. Jak byłam mała uderzyłam tak w beton tyłem głowy że powinnam wtedy umrzeć tak naprawdę, bo poszłam spać (a nie powinnam) i ponoć spałam wtedy niesłychanie długo. Ciekawe, czy stąd moja skleroza i to całe pomieszanie wewnętrzne i życiowe? Czy to naprawdę tak źle, że wiem, czego chcę w przyszłym życiu i nie waham się iść po trupach do celu? Nawet w tym co piszę teraz jest chaos, ale wychodzi on i z mojego serca, i z głowy. Ja już nawet nie myślę, ja gdzieś pędzę, sama nie wiem dokąd myślami.


- moje przemyślenia: "Smutna twarz, czy to już jestem ja"
- muzycznie: playlista staroci polskich
- modowo: nowe buty z Vagabond <3
- nowy cel: zasnąć, jak najszybciej
- zachcianka: na coś czekoladowego
- film na dziś: "Projektantka"
- dzisiejszy humor: pustka

03 września 2016

Got lost in this game.

A co, jeśli moje życie się rozpada? Co w sytuacji, w której stracę tę jedną jedyną stabilność obecną w moim życiu? Zaczyna mnie trochę przerażać perspektywa wyjazdu. Z innej strony podjęłam sama w sobie decyzję, że nie zostanę w tym kraju na stałe, nie ma co, nie wierzę, że w ciągu jakiś 20 lat coś się naprawdę zmieni, najpierw muszą poumierać te wszystkie stare dewotki. Zwłaszcza w Kielcach. Starałam się dziś bardzo być produktywna, wstając z łóżka o 13, bez kaca po poprzednim wieczorze z M. Wróciłam, zjadłam obiad, przeżyłam dość znaczącą dla mnie kłótnie. W sumie to nawet nie wiem czy to do końca kłótnia, raczej wymiana zdań, w której chyba, aż za jasno zostały zawarte poglądy każdej ze stron. Trochę jestem w rozsypce i być może stąd ten post. Rozważam od długiego już czasu jakąś terapię, chociaż sesje ze zwykłym psychologiem, a najśmieszniejsze, że i tak nie mam na to teraz czasu (nie będę pisać nic o tym, że hajsu również). Wzięłam długą kąpiel. Wiecie, taką relaksacyjną, z muzyką, pianą, przewracaniem się na wszystkie boki w ciepłej wodzie, przybierając pozy niczym modelki na plaży w sesji dla Vogue. Musiałam się zresetować. Chciałam coś zrobić z moją frustracją, wynikającą z totalnego niezadowolenia z mojego obecnego pokoju - dosłownie czuję się teraz jak taki Sims, któremu atrakcyjność otoczenia świeci się wściekle na czerwono. Nie umiem nic z tym zrobić, bo jestem cipą. Totalnie. Brakuje mi we mnie samej kopa do działania. Domena leniów i leserów najgorszego sortu. Doszłam do momentu znudzenia się internetem, fejsbukiem i innymi takimi rzeczami. Oglądanie stron o modzie oraz interior design mnie męczy. Kurwa, nawet porno mnie męczy (ale nie tak jak powinno). Bawiąc się w psycholog dla samej siebie, stwierdziłabym, że jest to zapewne efekt popadnięcia w stagnację, która dobetonowała się już do mojego szpiku. Wpadłam dziś na pomysł nowej książki. No, albo opowiadania, whatever. Susząc włosy myślałam o pierwszych kilkudziesięciu zdaniach. Czułam potencjał. Zamiast tego, piszę to. Naprawdę czasami podziwiam mój fenomen odkopywania trupa tej strony raz na jakiś czas. Że też mi się chce?, co nie. Jest progres, odkurzyłam i przesunęłam łóżko, co spowodowało, że musiałam także przesunąć pudła, których do tej pory nie rozpakowałam. Wszystko to, aby przekonać się, że wszystko to wygląda beznadziejnie. W tym pokoju obecnie poza moimi rzeczami i komputerem nie ma NIC, czego bym w tym pokoju chciała. Na dodatek moja kochana madre kupiła do tego pokoju takie łóżko, które nie dość, że zaburzyło CAŁĄ koncepcje, to dodatkowo nie mam go gdzie i jak ustawić. Cudownie. Oczywiście chuj ich to rusza, jak zawsze zresztą. Nie mam zamiaru rozpisywać się o całej reszcie, nie warto. Nie warto jest się mi aż tak złościć, mam na myśli. Całe moje życie, to w jakiś sposób "rodzinne", jest beznadziejne. Nienawidzę mojej rodziny za zatruwanie mi umysłu i szarpanie nerwów na poziomie zawodowym. A, i mienie w dupie tego, co ja myślę i chcę. Dzięki.
Mam nadzieję, że chociaż nie będzie to końcem z panciem, bo szczerze, nie wyobrażam sobie, jak niby miałabym się po tym pozbierać. Z drugiej strony Resus aż krzyczy na mnie, żebym jednak wybrała samą siebie i choć raz zważyła głównie na moje potrzeby i pragnienia. Jeśli nikt w moim życiu nie będzie ich rozumiał, to jak niby mam je spełniać? Za bardzo jestem zniszczona moim doświadczeniem, daleko wykraczającym poza mój wiek, abym umiała normalnie odnaleźć się w środowiskach, w jakich teraz muszę przebywać. Nie wiem jednak, czy którekolwiek z nich (poza studiami i organizacją, rzecz jasna) jest moim świadomym wyborem, czy raczej brakiem opcji. M. wprowadza mnie w bardzo złe poczucie, że naprawdę tylko on rozumie moją chęć zwojowania świata, mieszkania w PH na Manhattanie (albo gdziekolwiek z ładnym widokiem na NYC) i ogromnej garderoby, jak z bajki, z butami od Manola, wszystkimi kultowymi torebkami i ogromną kolekcją gorsetów. Zostając w tym stanie nigdy do tego nie dojdę.

- moje przemyślenia: chcę już stąd wylecieć
- muzycznie: playlista Linkin Park
- modowo: gotycka suknia za 11,50 z lumpa <3
- nowy cel: zdać praktykę 20 września!!
- zachcianka: kupić sobie nowe meble
- film na dziś: "Dziewczyna z sąsiedztwa"
- dzisiejszy humor: coś tam jednak chcę działać


10 sierpnia 2016

It must be a bad trip.

Gdybym nie była ostatnio na lekach, chlałabym. I wiem, że nie należy to do najlepiej brzmiących wyznań ostatnimi czasy. Tzn. nie jest źle. Aż tak. Poza faktem, że przeszłam przez zbyt wiele myśli kończących się na moim skończeniu. Z miłości, a jakżeby inaczej w moim przypadku. Nie wiem czy chcę się w to tutaj zagłębiać. Mam wrażenie że dualizm każdej części składowej mnie staje się nie do zniesienia. Cóż mogę na to poradzić? Pogodziłam się z tym, że nikt mnie nie zrozumie tak, jakbym tego pragnęła i że zawsze w pewien sposób już na zawsze pozostanę samotna. Uczę się do testów z teorii prawka, bo chciałabym już je bardzo zdać (w końcu wzięłam się za to jakieś 3 lata temu...), ale obawiam się, że stres mnie zje na praktyce. Zresztą jak, jako kobieta mam wiedzieć że najpierw trzeba koło odkręcić, a potem podnieść auto, jak nigdy w życiu tego nie robiłam i nie będę robić? To mechanik ma umieć, nie ja... No ale przecież wiadome jest, że nasze państwo raczej nie słynie z tego, żeby uproszczać swoim obywatelom życie ;)



Chciałabym w tym roku akademickim pracować. Zarobić hajs na wakacje, na rzeczy do mojego mieszkania przyszłego (w Home&You jest tyle kotków, sówek i lisków, no skądś trzeba mieć na nie pieniądze! ;) no i na jakieś ciuchy. Wypadałoby w końcu kupić jakiś porządny płaszcz na zimę. I nowy gorset :3 I tak wiem, że z takim podejściem nigdy nie zaoszczędzę nic, ale chyba już mi to rybka. Jakoś tak, chcę żyć, a nie ciągle sobie odmawiać. Zresztą, Ci którzy już mnie trochę poznali wiedzą, że jestem cholernie rozrzutna. I lubię to. Może to i dobrze, że nie urodziłam się w mega bogatej rodzinie. Tak to przynajmniej mam radochę, gdy w końcu dostanę coś, czego bardzo pragnę (a co znając mnie, jest zapewne bardzo drogie). Tak jak na przykład mój iPhone 6S, z którego do tej pory nie mogę zdjąć simlocka XD #pozdro600

Chyba jest w miarę dobrze.


- moje przemyślenia: jestem okropną kociarą
- muzycznie: Major Lazer & DJ Snake - "Lean On"
- modowo: po wielkich porządkach w szafie!
- nowy cel: zdać teorię w piątek
- zachcianka: iść do kina
- film na dziś: "Carol"
- dzisiejszy humor: zmęczona i niewyspana

19 czerwca 2016

If you want to see the impact, be the impact.

Moje tytuły nigdy nie były przypadkowe. Życie bez stałego łącza to prawdziwy koszmar, a zarazem jakoby wybawienie od zła i brudu tego świata. Wczoraj dowiedziałam się o masakrze w Orlando i nie będę ukrywać, jak mną to wstrząsnęło. Może nie samo wydarzenie w sobie, może nie bilans ofiar i rannych, który ponoć jest największy w dziejach. Trafiły mnie dwie rzeczy. Hołd jaki złożono 22 letniemu Luisowi Velma (fan HP, ludzie zebrali się w parku rozrywki w Orlando i podnieśli różdżki, dokładnie tak, jak w hołdzie po śmierci Dumbledore'a). Drugą rzeczą jest świadomość, że naprawdę musimy wszyscy zacząć działać, robić coś, ujawniać się. Nigdy w życiu nie czułam się tak zmotywowana. W tym semestrze przygotowywałam prezentację o filmach i serialach queer, w trakcie przygotowań rozwinęła mi się ciekawa konwersacja z C. i dowiedziałam się od niej, że zaczęła się angażować w swoim środowisku lokalnym. Ja również angażuję się w środowisko łódzkie i zmieniam je za pomocą AIESEC - dzięki niemu mogę szerzyć tolerancję kulturową, ale czas chyba, abym zajęła się również stricte tym tematem. Zwłaszcza, że sama też czuję się kolorowa. Mam nadzieję, że uda mi się to ogłosić światu w trochę bardziej spektakularny sposób.

Kolejnym motywem dlaczego po prawie 2 miesięcznej przerwie znów tu wróciłam, są te dwa artykuły:
  1. Potrafisz powiedzieć: jestem ładna? 
  2. Chcę być ładna.
Jestem kobietą i może moje życie nie jest wyjątkowo ciężkie w tym kraju, tak archetypy narzucone mi przez obyczaje, kulturę i wychowanie sprawiają, że źle czuję się sama ze sobą. Jak kiedyś wędrowałam w głąb duszy, tak od dziś chcę zacząć Podróż Do Samoakceptacji. Mój ukochany pomaga mi w tym niezmiernie, lecz nikt poza mną samą nie naprawi tego, co mam w głowie. Bardzo chciałabym postawić się dokonanemu na mnie praniu mózgu, jaki robi mi codziennie fb, insta, magazyny o modzie, znajomi, rodzina i media. Postawić się stereotypom i nieatrakcyjności, w którą wierzę. Zmienić narzucony przez masy ideał, który jest tylko photoshopową imaginacją i kreacją. Dziś nadszedł dzień w którym postanowiłam działać. Narodziła się nowa Resus.


- moje przemyślenia: nie mam się już czego bać, pora przestać się smucić
- muzycznie: Kasia Nosowska
- modowo: czas wyrzucić jakieś 90% ubrań, postawić na czerń <3
- nowy cel: zacząć działać!
- zachcianka: iść do kina
- film na dziś: "V jak Vandetta"
- dzisiejszy humor: trochę stęskniona

30 kwietnia 2016

Any heart not tough or strong enough.


W pierwszym momencie zakrztusiłam się własnym powietrzem. Straciłam głos na wystarczającą ilość czasu, żeby przeszła koło nas. Inaczej byłabym pierwszą, która ją powitała. Czy poczuła się tym urażona? Być może. Ja w tym czasie panikowałam i wariowałam. Naprawdę nie przewidziałam, że to tak mną wstrząśnie. Nie sądziłam też, że to stanie się właśnie teraz, gdy on nie mógł być przy mnie, jedyna osoba która mogłaby mnie wtedy uspokoić. Jest to o tyle katastrofalne, że sytuacja idealnie nastroiła mnie do wspomnień, sentymentów oraz wątpliwości. Tak jak mówiłam mu niedawno - czuję, że stoję w miejscu. I świat zanika tylko czasem w tych długich włosach. Resztę zgarnia stagnacja i niespełnienie. To nie jest depresja, to po prostu stan znieruchomienia. Szkoda, że tego nie czytasz i tego nie rozumiesz. Własnie dlatego mam te wątpliwości. W sumie to pomyślałam sobie, że napisze post bo to była ostatnio dość mocna zmiana w moim nastroju, ale teraz jak o tym myślę to nie chce mi się. Dziś mam grill i parapetówkę w domu w Górnie i z jednej strony dobrze, że ją zorganizowałam, a z drugiej nie chcę żadnego towarzystwa... Dlatego dobrze, że jednak nie zostanę sama. Nie rozumiem trochę powodów, dlaczego jestem sama w tej chwili, ale może niekiedy nie ma co się zastanawiać. Wiem że mój powrót do Kielc na dłużej niż tylko weekend i nie tylko po to, aby zgarnąć papu od mamy, ale podczas którego jednak przebywam tu choć trochę tak, jak kiedyś sprawi, że zacznę myśleć nad wieloma sprawami. Naprawdę nie chcę być jak tamta suka i powtórzyć jej słowa, zwłaszcza teraz, gdy Cię nie ma. Nie chcę być dziewczyną z problemami. Nadal ćpam Wilczą Zamieć. Nadal nie rozumiesz dlaczego. Dlatego tak się czuję. Znowu wracam do poprzednich stanów...

"I'm young, I know
But even so I know a thing or two 
And I learned from you 
I really learned a lot, really learned a lot 
Love is like a flame 
It burns you when it's hot 
Love hurts, oh, love hurts"

- moje przemyślenia: nigdy nie przestaję kochać w jakiś sposób
- muzycznie: starocie polskie, chyba wiecie co to znaczy
- modowo: chooker i czerń, idealnie
- nowy cel: odnaleźć uśmiech bez niego
- zachcianka: sushi w Akasace
- film na dziś: "Między słowami"
- dzisiejszy humor: odpowiedzialna pani domu

25 lutego 2016

Teach me gently how to breathe.

Wracają stany depresyjne, mimo że dzięki ciężkiej pracy już nie wszystko wydaje się być szare dookoła; nadeszły smutki nieoczekiwane i jakby niezbyt zrozumiałe. Wsłuchuję się w "Hipotermię" przez cały dzień, jakże bardzo chciałabym podziękować za ten dźwięk, za te słowa, intonacje i sens. Trochę przybijam się, bo myślę o tym, że w sumie to jestem osamotniona troszkę. Nie ma moich przyjaciół, nie mam komu wyrządzić kolacji, chce przestać całkiem pić, chce ćwiczyć i schudnąć w końcu, bo ile można narzekać i płakać na swój widok, nie robiąc z tym nic, ile razy można znieść zażenowanie ze zbliżeń, dotyku? Brakuje mi jakiejś nocy filmowej, pidżama party (dzieciństwo!), brakuje mi Martini z trójkątnego kieliszka z oliwką [zieloną], brakuje mi śniadania we Wrocławiu, brakuje mi pewności, że mogę; brak regularności, brak wiary, ciągła pustka, nawet gdy przerzucam się z puzzli na klocki, to zawsze brakuje elementu jednego, no może czasem dwóch, wkurzam się na siebie, że nawet powolność laptopa umie mnie wprowadzić w ten marazm. Nie zdałam testu próbnego, ani z hiszpańskiego, a dziś też z angielskiego, nie umiem się uczyć, nikt tez mi nie pokazał jak jeść i żyć zdrowo, narzekam jak małe dziecko, a przecież w głębi wiem, że nie mogę tego zarzucić nikomu. Najgorzej jest, gdy zaczynam myśleć, jak wiele żałuje, jak wiele zepsułam, zmarnowałam, jak bardzo mogłam inaczej. Jak bardzo krzywdzę się swymi słowami, bo wiem, że gdy to wszystko przeczytasz, to także będziesz czuł się źle - i ja to wiem, a nadal nie mogę przestać, czasami potrzebuje medium, a tu jest moja myślodsiewnia. Czasami nie umiem patrzeć w żaden sposób pozytywnie, chce tylko zapaść się gdzieś, lub pod kołdrą ukryć, czasami nie chce nikogo widzieć, czy to naprawdę takie dziwne? Czasami sama siebie zadziwiam tym, jak wiele potrafię sobie zarzucić, wypomnieć, czasami wręcz nie mogę ze sobą wytrzymać, po prostu czasem tylko jedna z nas przy zmysłach nas trzyma.

"There's something inside me that pulls beneath the surface 
Consuming, confusing 
This lack of self control I fear is never ending 
Controlling, I can't seem 
To find myself again 
My walls are closing in 
(Without a sense of confidence I’m convinced that 
there’s just too much pressure to take) 
I've felt this way before 
So insecure"

- moje przemyślenia: czasami naprawdę jestem beznadziejna
- muzycznie: Zeus - "Hipotermia"
- modowo: pora na porządki w szafie
- nowy cel: kupić kiecki na zbliżające się wesela (4!)
- zachcianka: "pobyć chwilę sam..."
- serial na dziś: "Breaking Bad"
- dzisiejszy humor: przełamany na pół