26 lutego 2015

Koty śpią, miasto śpi, czarodziejskie śnią się sny.

Okazuje się, że w tym semestrze, poza przerąbanymi przedmiotami, jak prawo rzymskie albo konstytucyjne, mam też filozofię, yeeey <3 to zapewne będzie mój ulubiony przedmiot :) Swoją drogę odmiany rozpoczęłam 35 dni temu, co się zmieniło w tym czasie? Koniec sesji, podjęłam jedną z najbardziej rewolucyjnych decyzji życia (ale o tym będzie daleko poooootem), zbliżyłam się do S. tak jak nigdy, na zasadzie że mogę w końcu obserwować tę istotę racjonalnymi oczyma i nadal nie przestaje mnie zaskakiwać, zarówno ona, jak i moje podejście do niej. Kiedyś nawet pomyślałam sobie, że może po to stworzyłam w umyśle Tsuskiego i pokochałam go, żeby teraz zachowywać się dokładnie jak on w stosunku do niej? A przynajmniej chciałabym móc być wobec niej taka, jak Tsuki w zachowaniu wobec Hime. Yes, I know - it's complicated... Zaczęłam nałogowo czytać - to miły powrót do książek po chyba ponad 2 letnim przestoju, jaki miał miejsce w trakcie mojego liceum (tak to jest ustalić sobie, że się będzie czytało TYLKO lektury... przeczytałam jedynie rozmowy z katem do mojej prezentacji maturalnej, a to nawet nie jest lektura - kto je wgl kurwa wybiera? Lalka, serio?...). W każdym razie skończyłam właśnie czytać 2 część Pustynnej Włóczni i biorę się za Najstarszego :) w kolejce zaś jest Hobbit, Poradnik pozytywnego myślenia oraz (jak się uda) Diabeł ubiera się u Prady. Książki, które chciałam przeczytać zawsze. Potem oczywiście kolejna część Cyklu Demonicznego, dalsze części Eragona, no i może w końcu łyknę Władcę Pierścieni (fanka, a nie czytałam książek, shame on me!!). Chciałam medytować, a jak na razie udaje mi się tylko co noc (od 2 dni XD) robić brzuszki i przysiady, co by się nie połamać na obozie narciarskim na jaki jadę z uczelni w poniedziałek. Może się nie zabiję.



W sumie to zaczyna się robić coraz lepiej. Słoneczniej, weselej. A najlepsze, że nie jest to niczyją zasługą. Po prostu nie mam czasu na to, aby smutać, a nawet jak go mam, to myślę o tym, czego się tak wielce podjęłam (ha! still pozostanę tajemnicza). Ewentualnie kuję przez cały tydzień do historii i łaciny, choć z tą drugą już trochę gorzej. Tak wgl to zastanawiam się co zrobić z włosami. Mam ochotę je znowu przefarbować, ale tym razem zaszaleć bardziej, niż rudość/czerwień :P No i koniecznie podciąć końcówki, może wycieniować mocniej. Chcę się zabawić. Plany, plany, plany. Chcę w tym roku w końcu tatuaż, czekanie do 20 roku życia to już wystarczająco długo, bo wiadome już, że nie pierdolnę sobie żadnego jednorożca (choć w sumie, czemu nie?! :D), tylko coś bardziej refleksyjnego... Tak, Fender still w zamyśle, i zrobię wszystko, aby on był "moim pierwszym" ;3

(haha, tyle selfies, o ja cieee XDDD)

Czasami jednak mam jedną myśl. Za często tęsknię za starymi czasami. Faktycznie trzeba się od tego odciąć, aby w pełni cieszyć się życiem - jestem na dobrej drodze. Aczkolwiek bardzo bardzo bardzo chciałabym pojechać z moimi znajomymi w góry. Nieważne czy remake'nąć wyjazd z Safu i Syzem, czy też yolo z Michałkę i Agunesu. Po prostu chcę w góry. No i spędzić tłumy na moje urodziny, ale to tak nawiasem mówiąc XD
A tak w ogóle to myślę nad otworzeniem nowego bloga... O kompletnie określonej tematyce. 
Resus się rozwija, woow.


- moje przemyślenia: zakochałam się w Iphonie 6 gold
- muzycznie: Brathanki, pozdro
- modowo: coś zrobić z włosami
- nowy cel: dokończyć obecne książki przed 20 marca
- zachcianka: burger w John Burgu
- film na dziś: "Bogowie"
- dzisiejszy humor: szalenie uśmiechowy

04 lutego 2015

What else should I be


Muszę się naprawdę zmuszać, żeby tu napisać. Włosy wypadają mi, jak jeszcze nigdy w życiu, a moja mama dziwi się, czym ja się tak stresuję. Być może tym, że ostatnie 2 miesiące były totalną miazgą dla mojego umysłu, ot co. Ledwo zaczęłam studia na poważnie (trwa sesja, no sory nie mam wyboru już teraz) to myślę o roku dziekanki i wyjeździe daleko stąd... Myślę o Indiach, albo Bali. Włochy już były :) I tak - jestem totalnie zainspirowana książkę Eat, Pray Love. Ale skończyłam ją czytać, może stąd mój nagły spadek humoru, niczym parabola, zbliżam się do mojego ukochanego "poniżej zera" <3 (tak, to się nazywa depresją)... A miałam już cichutką nadzieję, że mi to minęło. Poznaję od nowa swój umysł, tęskniąc, jak to robiłam zawsze, tylko teraz nie jest to takie samo jak zwykle. Powiedziałabym, że czuję bardziej rozpacz, niż tęsknotę. Tęsknię za wolną sobą. Zawsze mnie przytłaczała ta myśl. Ja naprawdę potrzebuję sobie zrobić przerwę od wszystkiego. Nie pomaga mi nawalanie sobie tysiąca spraw na głowę (zostałam sekretarz stowarzyszenia, które przejęliśmy). Słucham ambitnej muzyki typu Nirvana, Blur, RHCP, ale nie, Donatan i Cleo mogą mi jakoś podtrzymać humor. Shit happends.
Czy ja mam jakieś zakrzywione postrzeganie świata? (tak, na pewno, nawet nie chyba, to już wiesz przecież, resus...) Widzę zdjęcia rożnych par na ich ślubach, na fb wyskakują mi piękne dwie kobiety w bieli, a to co ja czuję widząc taką fotografie to... niezrozumienie? Chyba tak. Nie rozumiem. Nawet rozmawiając ostatnio o ślubach, organizacji ich oraz tym, jak to sobie wyobrażam mój ślub (przyznaję, mój umysł ma na ten temat milion pomysłów, nie wiem ile razy musiałabym się "ślubować", żeby spełnić je wszystkie, a wszystkie są zajebiste). Ja po prostu tego nie czuję, w sumie co w tym dziwnego, mam dopiero 19 lat, nie muszę o tym myśleć. Tylko, że ja zawsze wyobrażałam się (i w sumie jak sądzi moja sister - jestem) osobą, która potrzebuje kogoś w życiu. No i fakt, jestem. Tylko teraz mam dość. Chciałabym... czegoś. Nie wiem czego, ale cały czas trwam w tym samym, w czym trwałam nawet będąc w związku, w czymś w czym trwam już dobrze od czasu, w którym poznałam M. a to było hm... 7 lat temu? (boże, jak ten czas leci!). Jemu też o tym mówiłam, opisując to jako "zagubiony puzzel, którego brakuje mi w obrazku mnie samej". Tylko że teraz mam wrażenie jakby była tylko ramka, a reszta puzzli spierdoliła gdzieś w popłochu. Męczę się sama ze sobą (tłumaczę to depresją, własną beznadziejnością oraz przytłaczającym życiem, na które teraz i tak nie mam wpływu). Pierwszy raz w życiu myślę tak infantylnie - myślę o księciu, który mnie zbawi. W sumie to tak naprawdę nie o księciu, a o Tsukim, ale i tak moje wyobrażenie jego jest iście książęce. Dobra, tak naprawdę wyobraża mi się on jako Felipe, którego spotykam gdzieś z dala stąd i z którym wyruszam w podróż, która będzie trwać aż do mojej śmierci, a mianowicie życie z nim, w szczęściu i pełnym podróży.
Jestem tak niesamowicie głupia.


- moje przemyślenia: jestem beznadziejna, totalnie
- muzycznie: tyle w tym roku koncertów. znowu
- modowo: znowu czuję się nijaka
- nowy cel: Indie
- zachcianka: kurczak tikka masala w renamencie
- film na dziś: "Szkoła uczuć"
- dzisiejszy humor: a weź pan...

30 grudnia 2014

A po chuj mi te postanowienia?

Noworoczne cele chyba poległy wszystkie w ogniu. Jakby coś to TEN pościk się kłania. Co prawda zadałam maturę, ale z wymarzonymi studiami to już kurwa totalna klapa. No w sumie nie do końca zdałam, skoro miałam poprawkę z matmy. No cóż. #yolo Za to w sumie spełniło się jedno z niewymaganych a mianowicie kampania. Co do ostatniego punktu to mam wrażenie, że zamiast kochać S coraz mocniej to jebnęłam sobie funkcją liniową w dół w ciągu całego tego roku i teraz dochodzimy do naszego rowu mariańskiego. Ale to też jebać. #yolo2 Jak na razie pogłębiam się w zachwycająca psychologiczną terapię, licząc, że dokopię się też do psychiatry. Mam ochotę zmienić całe życie, bo w tej chwili mogłabym bez wyrzutów sumienia zginąć np. w walce, wypadku, chuj po prostu nie żyć. Hm.. to może postanowienia sobie jednak jebnę, ale takie bardziej realne? "oddychać" - tak, to brzmi good.

To dziwne, bo ten rok był zarazem zajebisty, ale i totalnie beznadziejny...
A nie no w sumie był taki jak całe moje życie to nie ma się czym przejmować.

Ale i tak najseksowniej wyglądam jak gotuję, bijacz.




A tak serio, jako że lubię zdjęcia, zwłaszcza swoje, oto 2014 rok na zdjęciach.
Oczywiście ograniczyłam się i bazuje na jakiś 10% z najważniejszych zdjęć, bo jakbym miała bazować na wszystkich, nie tylko tych naj naj, to poniżej byłaby ich co najmniej setka.

btw. mam za dużo zdjęć jak jestem w łóżku, albo śpię o.0




O studniówce się już nie rozpisujemy. Pomimo pewnego zdarzenia, muszę przyznać, że było to zajebiste przeżycie i każdemu to polecam, nawet jeśli nie lubi swojej klasy jakoś specjalnie. (czyli jak ja...)




Zakończenie roku z moimi pysiami, Zombie Party, Hemar i Woor, gdy dostałam pandzie*.

*tę pandzie obok Ikuto.






Kraków, Woor i Niska.






No i najważniejsze... Wrocław, gdy byłam na Comie, Coffe Planet oraz Krosno - Alcoholica i urbexy.

Aha. I jeszcze jedno. Wy mieliście Smutny Autobus, a ja miałam swój Smutny Słonecznik. Fuck Yeah! XD

2014 - studniówka, matura, koniec szkoły, praca w Anglii, Jarocin, Woodstock, poprawka z matmy, Cieszanów, studia prawnicze, Coma symfonicznie, mnóstwo urbexów, oraz szalone życie emocjonalne Resus. Podsuma: 6 osób. 4 związki, zależy co kto liczy. Mnóstwo koncertów (Coma 3 razy, Kabanos 3 razy, Luxtorpeda 3 razy, Alcoholica 2 razy, ale i tak ich kocham <3). Rzuciłam palenie, ograniczyłam picie. Poszłam do psychologa. Zakochałam się najszaleniej na świecie. I mam większą depresję niż rok temu <3

Postanowienia noworoczne:
  • spierdolić z tych studiów jak najszybciej
  • zrobić to prawko W KOŃCU
  • schudnąć, a nie tylko bigmaki i pitce
  • pierdolić Koen jak co roku
  • znaleźć pracę gdziekolwiek (czyli jednak bedo bigmaki, bo zniżki pracownicze)
  • zaliczyć pierwszą sesje, bo jak nie to wstyd będzie na cało wieś
  • nie chodzić do kościoła jak zawsze, bo moim bogiem jest spaghetti (bynajmniej nie to latające)
  • mieszkać w Górnie i odjebać sobie tam pokój marzeń (taki z lampeczkami, zabawkami do bdsm i kurwa plazmą na pół ściany, co by wieś widziała z okien. no i łóżkiem do którego da się przywiązać)
  • chce się czuć kobietą, ale w pełni; czyli życzę sobie wyleczenia z depresji i tabletek szczęścia


Jutro by mi się pewnie nie chciało, więc wrzucam post dziś, #yolo3
Poza tym i tak nie mam pojęcia, co będę robić jutro, bo jestem niezdecydowaną bułą.
Ale fakt kochani, najchętniej bym zniknęła z tego świata, albo poleciała na jakąś kurwa Kubę i piła do końca życia modżajto wystawiając dupsko z cellulitem na słońce na mej prywatnej plaży. #alemnieniestaćnaplażę
Tak więc chciałabym chociaż do Warszafki lub Wracłafka.
Liczę, że nie poobrażacie się, jak trochę pooutuję. Bo chyba taki będzie 2015 rok...

- moje przemyślenia: urosły mi cycki... nareszcie XD
- muzycznie: Roberta Flack - "Killing Me Softly" & Jamelia - "Stop"
- modowo: koronka i kabaretki; na czarno jak zwykle
- nowy cel: nie poddać się
- zachcianka: zjeśc supermięsnego burgera, najlepiej w bohomass lab
- film na dziś: "Niebezpieczne związki"
- dzisiejszy humor: niepokojąco wesoła

20 listopada 2014

I chociaż idę ciemną doliną, zła się nie ulęknę, i nie klęknę...

Cóż. Obrazek mnie natchnął, do końca nie wiem do czego, aczkolwiek idealnie się pokrywa z lecącą własnie piosenką Marysi Peszek "Pan nie jest moim pasterzem" (tytuł to wycinek tekstu), a ja akurat dziś przełamuję się, aby usunąć z Iphone aplikacje McDonalda i KFC... Czas chyba na jakieś Ewy Chodakowskie i Mel B. Nawet niekoniecznie dlatego, że jestem jakoś mega gruba, no bez przesady, gdyż anoreksja suks, ale chyba potrzebuję zainwestować w końcu porządnie w siebie. Zrzucić brzuszek, kupić jakieś kremiki na ryja no i ogólnie jeść coś innego poza tostami z majonezem :D Może zacznę brać jakieś rutinoscorbiny i tabletki musujące z powerem do życia. Nachodzi zima, czyli mniej słońca, a wraz z jego brakiem, niedobór witaminy C i hormonu szczęścia = depresja. Tak moi kochani, to moje idealne zimowe równanie. A jak wiadomo depresja = brak chęci do życia ect.

Po kampanii to ja dopiero mam niechęć do życia. Chodź nie mogę zaprzeczyć - było to cudowne doświadczenie, które nie dość że bardzo wiele mnie nauczyło, to zmieniło także nastawienie do niektórych spraw. Poza tym zrozumiałam, jak wiele ludziom się tylko WYDAJE o polityce, a jak to wygląda w praniu - pieniądze na kampanie (moje własne, helloł), praca poświęcona na roznoszenie ulotek, pukanie do drzwi, wszystkie nieprzyjemności jakie mnie przy tym spotkały (stosunkowo gdy miałam przyjemny dzień, pełen uśmiechniętych ludzi, cieszących się, że kandydat do nich zapukał umiał zniszczyć jeden gbur - no przecież w polityce to sami oszuści, złodzieje, hultaje i nicponie - a ja notabene jako 19 letnie studentka prawa idę tam również po to, żeby kraść, a powinnam się zająć "porządnym" zajęciem). Mnóstwo jest takich smaczków, jednak nie chcę się na ten temat roztrząsać. Daję sobie detoks, gdyż naprawdę wbrew jakimkolwiek pozorom, zmęczyło mnie to bardzo - i fizycznie, i psychicznie. Ale uwierzcie mi - Kielce doczekają się w końcu zmian. Może niekoniecznie chcę używać pejoratywnego słowa rewolucja, ale nie mam zamiaru siąść na dupie przed kompem, nie robiąc kompletnie nic. Nie o to mi chodzi, a tak zrobi pewnie 90% kandydatów, którzy się nie dostali... (poza tym, co robią w pracy oczywiście, ale jak wiadomo ja nie pracuję, a już tym bardziej nie w jakimś urzędzie czy coś...).
Ano i to nasuwa kolejną myśl:

MUSZĘ
ZNALEŹĆ
PRACĘ
!!!

#bez #kitu

Być studentem tak bardzo, aczkolwiek i tak zanim zacznę dietę muszę zjeść nowego burgera z maka. Czy Wy to widzicie? No widzicie to - #tak #bardzo #resus, czy nie? :D Kocham siebie za to <3 No ale... Nie mam nic hajsu. A przecież wiadomo, trzeba kupić nowy płaszcza, przydałyby się jakieś nowe buty, bluzka, koszula, marynarka, może w końcu nowy gorset, planszówka jakaś... aaaa. ile tego do chuja jest! A przecież jeszcze jedzenie :c Ano i opłaty za studia. Teraz czeka mnie chyba najgorszy okres, gdy nie dość że naprawdę jestem spłukana, to wypadałoby w końcu zaopatrzyć się w książki i zeszyty, bo na razie lecę tylko na wielo przedmiotowym brulionie :)
14 listopada w dzień przed ciszą wyborczą byłam na koncercie Kabanosa - tuż po rozdawaniu ulotek. Nie sądziłam, że będąc tak padnięta będę miała silę nakurwiać solidne pogo w gigantycznym tłumie. Tego mi brakowało! :D
Przez długi czas zastanawiałam się nad działalnością na blogu - czy kontynuować, czy może też usunąć (nie raz wychodzą tu objawy mojej infantylności, niedojrzałości, czy też głupoty), ale uznałam jednak, że nie będę udawać nikogo przed nikim. Nie mam zamiaru się wstydzić za siebie za treści jakie tu piszę i pisałam. Ani tym bardziej usuwać bloga, który stanowi dla mnie myślodsiewnię. Nie, to nie miałoby sensu wtedy go zakładać w ogóle... Wiecie, to trochę tak jak usuwać stare zdjęcia na fb tylko dlatego, że ma się na nich 13 lat, a teraz np. 20... no jak się ma fejsa tyle lat to co w tym dziwnego? To po co wgl wrzucać zdjęcia, skoro się je wyrzuci bo "za stare". Tak wiec tyle słów ode mnie w tym temacie :)


- moje przemyślenia: dostałam skrzynie na skarby na urodziny! <3
- muzycznie: "Coma live in Jarocin"
- modowo: nigdy nie byłam tak do tyłu w modzie :c
- zachcianka: Szpinak Deluxe z Maka XD
- film na dziś: "Klatka dla ptaków" <3
- dzisiejszy humor: leniuchowo

30 września 2014

Will you still love me?


Lana del Rey. Tylko tyle wystarczy. Mój dzisiejszy humor jest totalnie nieznośny, zaczyna mnie męczyć. Z drugiej strony jest cudownie. Po odpowiedzi na pytanie zdałam sobie sprawę, że wszystko co mówię skłania się do tego, że go kocham. Tylko czemu mnie tak to szokuje? Czemu boję się tego uczucia? Gdzieś w mnie żyję ja, która nie ma zamiaru się bać, albo odrzucać szczęścia, szansy na coś cudownego. Muszę ją w sobie rozbudzić. Stałam się ostatnio taka płytka, wydaje mi się. Z drugiej strony moje życie rozpędziło się w końcu. W środę zaczynam studia! :) Mam przed sobą nasz wspólny cel, dlatego postaram się być najlepsza. Czy jestem w stanie coś wypowiedzieć więcej? Starałam się bardzo wrócić do pisania, ale chyba to koniec. Wzięłam się za książkę, ale nie umiem jej skończyć, boję się, jakoby tamten świat przepadł na zawsze. Nie mam motywacji. Nawet nie czytam, choć książki, które mam do przeczytania piętrzą się ułożona na mojej szafie, co bym je widziała i o nich pamiętała. Olewam całkowicie robienie prawka, w sensie robię testy, ale jakoś bez serca. Prawda jest taka, że piję herbatę, jem albo chipsy, albo pizzę w porywach do lodów z bitą śmietaną i oglądam tanie romansidła. A czuję się wewnętrznie zakochana...
Co jest nie tak?



Ukazane powyżej chwile napawają mnie szczęściem. Osoby z nimi związane również.

- moje przemyślenia: chyba już czas
- muzycznie: Ed Sheeran, Birdy, Lana del Rey
- modowo: jak się ubierać, jako studentka? o.0
- zachcianka: po prostu spokojnie zasnąć
- film na dziś: "Zakochana złośnica"
- dzisiejszy humor: tęsknota

19 września 2014

Całe moje serce nie kocha Cie...


Wyobrażam sobie świat w którym wszystko jest prostsze. Koło Hime zawsze stały 3 osoby, które najbardziej kochała. Ja też bym chciała zatrzymać moją trójkę. Zwłaszcza że od jakiegoś pół roku wiedziałam jej zarys i teraz już wiem jaka ona jest. Wiadomo, może się zmienić, gdyż zawsze była rożna trójka, ale zauważyłam że trójką to zawsze jest. Kocham 3 osoby. I jest tu mowa o tej miłości najbardziej popularnej, czyli miłość, co ja się będę rozpisywać więcej. Choć jedna osoba kołysze się jak ząb przed wyrwaniem, po prostu zastanawiam się, czy ogrom wkurwienia, irytacji i zmęczenia z mojej strony sprawia, że to nadal może być miłość. Wiecie, wolę miłość w wersji pjur. Bo oczywiście wiadomo, jest wiele rodzajów miłości (o co mnie zresztą słodko zapytałeś). Miłością dla mnie jest też to, co czuję do moich przyjaciół. choć w czym są oni inni od trójki? Z nimi nie mogłabym być nigdy, bo nie chciałabym, albo po prostu - tu wybierz inny randomowy powód z dupy - nie zagłębiam się aż tak w to. Kocham Behemota, ale jest to miłość jak do brata. Najbardziej nie cierpię nadmiernego pitolenia o miłości. Tego dlaczego kocham kogoś tak, a dlaczego tak. Albo że skoro już mnie kochasz to to i to. Nie o to w tym chodzi. Poza tym, poza moją trójką, nikt, ale to kompletnie nikt nie ma szans na cokolwiek. A na razie największa szansę ma tylko i wyłącznie Wilk. Za 5 lat to ten drugi będzie miał większą szanse, o ile to się utrzyma oczywiście. I to nie jest nawet kwestią tego, że "ah, resus teraz says nope". Po prostu muszę mu dać czas. A jeśli chodzi o Wilka to jesteśmy chyba gotowi. Choć z drugiej strony nie myślę też o tym. Chcę mojej indywidualności. Chcę znowu przestać przejmować się ludźmi a sory, już przestałam.

(Wpadatsu na bloga Agu http://aguublog.blogspot.com/)

W końcu zbliżam się najmocniej do bycia sobą. Do bycia tym kim byłam, ale z takimi modyfikacjami, abym chciała być taką. Nie patrzę już na ludzi, ani czy moje zachowanie ich rani. Nie słucham wyżaleń, po prostu nie. I można sobie pomyśleć, że zamiast wrócić do kochanej Madzi, za którą tak wielu tęskni, schodzę na ścieżkę bezpruderyjnej suki, ale prawda jest jeszcze inna. Myśleniowo potrzebuję odpoczynku. Poza tym yolo. Uśmiecham się do porzygu i jest to dla mnie nienaturalne, choć nie powinno, przecież śmiech to zdrowie. Leczę się, aby wrócić znów do lekkiego stanu normalności i przynależności społecznej. Nie no, nie robię tak. Otaczam się tylko tymi ludźmi, których lubię, bo po co mam się męczyć z irytującymi laleczkami, ale wrednymi cwaniakami? Najważniejsze jest dla mnie i tak tylko kilka osób i tego się trzymam. Tego chcę się trzymać.

- moje przemyślenia: w końcu obejrzałam coś Monty Python'a
- muzycznie: Kabanos, i jeszcze raz mięso <3
- modowo: czerwona sukienka, czarne obcasy z czerwoną podeszwą i czerwona szminka
- zachcianka: chili, whisky i smak Twych ust
- cel na dziś: idę do teatru z synem. teatr pierwszy raz od lat
- film na dziś: "Zanim zasnę"
- dzisiejszy humor: wybuchowa mieszanka

14 września 2014

Wake me up, when September ends

Zauważyłam że pisanie tu mnie odpręża i relaksuje. Gdy nie mam co robić, albo nie chce mi się bardziej twórczo pisać. Problem w tym, że ostatnio prawie wcale nie chce mi się pisać. Po tak długim okresie czasu napisałam ostatnio 3 wiersze. Z okazji Najgorszego Dnia w Życiu Ever. Muszę sobie to gdzieś zapisać. Najlepiej tu. 8 września. Za rok przysięgam sobie, zapalę cokolwiek przy dobrym winie i już nie będę mieć problemów w życiu. Te osoby już mnie nie skrzywdzą. Te osoby już mi nie przeszkodzą. Ja już nie będę ich, ani nie będę nikogo. Będę swoją, aby nie być Twoją. Banalnie to brzmi. Nie wiem na co mam tak naprawdę ochotę. Nic się nie stało, a wpitalałabym lody czekoladowe z moim BFF, oglądając Bridget Jones albo Pamiętnik Księżniczki. #tak #bardzo #ambitnie
Moje serce mówi mi, że kocham, ale umysł powstrzymuje każdą dalszą myśl. Nie wyobrażam sobie z nikim przyszłości. Nienawidzę tych myśli w stosunku do Wilka, bo nie zasługuje na nie. To sprawia, że czuję się źle, zarówno wobec siebie, jak i wobec niego. Shiiit. Jednakże staram się być pierwszy raz w życiu mądrą i nie działać pochopnie. Skąd zatem mam wiedzieć, czy to już miłość, czy nadal chęć przygody? Nie chcę tak myśleć. Ale z drugiej strony cholernie boję się tego, że gdy znowu coś zacznę to znowu to runie jak domek z kart. Choć S. nigdy nie był domkiem z kart, ale rozleciał się nawet szybciej. Przede wszystkim boleśniej. Tak, teraz czuję że samo poznanie tej osoby było moją karmą. Lubię być tak masochistyczna, zawsze to lubiłam.
Książka się pisze. Może to jedno w życiu mi się uda. Jak na razie usuwam się w cień. Nie chcę nikogo widzieć, nikogo znać. Żałuje, że w przypływie radosnej chwili ustanowiłam sobie następny tydzień tygodniem dla znajomych. Na szczęście nie jest tego aż tak dużo. Poza tym dużo spotkań z synem, a jego akurat przeżyję zawsze, uspokaja mnie i wycisza. Oddalam się od Wilka. Zastanawiam się czy to jej sprawa, czy już moja. Wolę, żeby była moja. Już raz pozwoliłam komuś mnie od niego odsunąć. Ale nadal nie wiem czego chcę wobec niego. Nie czuję nic i zastanawia mnie to coraz bardziej... Może ja po prostu już nie chcę kochać?